Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Retro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Retro. Pokaż wszystkie posty

Monachium 1958 i dzieci Busby’ego


Gdyby nie tragiczny w skutkach wypadek na monachijskim lotnisku Riem Real Madryt nie byłby być może najbardziej utytułowanym klubem w historii Pucharu Mistrzów, nie miałby na koncie dziewięciu triumfów w tych rozgrywkach i nie zdominowałby tak bardzo rywalizacji na Starym Kontynencie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Być może, bo za Kanałem La Manche rosła potęga, która rzuciła „Królewskim” rękawicę i właśnie ruszała na podbój kontynentalnej części Europy. Tą siłą był Manchester United, który pod wodzą Matta Busby’ego miał tylko jeden cel – stać się suwerenem Pucharu Mistrzów! Sen o potędze „Czerwonych Diabłów” prysł jednak zanim zdążyć nabrać realnych kształtów. Jego kres nastąpił w 1958 roku na lotnisku w stolicy Bawarii.

Luty 1958 roku rozpoczął się dla Manchesteru najlepiej, jak tylko można sobie wyobrazić. Pierwszego dnia miesiąca United w niezwykle prestiżowej potyczce pokonali bowiem na Highbury odwiecznego rywala ze stolicy, Arsenal. Zwycięstwo 5:4 na terenie rywala miało być preludium przed kolejnymi znakomitymi występami, pierwszym z nich był planowany rewanż w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów przeciwko Crvenej Zvezdzie. Anglicy w Belgradzie natrafili na wyjątkowo niesprzyjające warunki atmosferyczne: padało, było zimno, a boisko było bądź grząskie, bądź zamarznięte. Przybysze z Wysp do aury zaadaptowali się jednak bardzo szybko – po dziewięćdziesięciu sekundach prowadzili 1:0 (bramka Dennisa Violleta), wkrótce mogli je podwyższyć, ale sędzia niesłusznie odgwizdał pozycję spaloną. Mimo tego, do szatni MU schodziło prowadząc 3:0 – jeszcze przed przerwą dwukrotnie bramkarza Crvenej Zvezdy pokonał Bobby Charlton. W drugiej odsłonie podopieczni Matta Busby’ego rozluźnili się zbyt mocno, poczuli własną moc i zlekceważyli rywala. A ten rzucił wszystko na jedną szalę i doprowadził do remisu. Końcówka meczu była niezwykle nerwowa, na odwrócenie losów rywalizacji Jugosłowianom zabrakło jednak czasu, a po zwycięstwie przed własną publicznością 2:1 remis w pełni satysfakcjonował Manchester, który dzięki temu awansował do półfinału Pucharu Mistrzów.

„Czerwone Diabły” Bałkany opuszczały w wyśmienitych nastrojach, w drodze do domu czekała ich jednak jeszcze przymusowa wizyta na dotankowanie w Monachium. Bawaria przywitała Wyspiarzy tak jak żegnał Zagrzeb – śniegiem, deszczem, upiornym wiatrem i normalnymi o tej porze roku temperaturami oscylującymi w okolicach zera stopni Celsjusza. Identycznie też żegnała, cała procedura uzupełnienia paliwa przeprowadzona została bowiem szybko i sprawnie. O 14:19 czasu brytyjskiego wieża kontrolna w Monachium otrzymała wiadomość, że samolot z piłkarzami Manchesteru na pokładzie jest gotowy do startu. Dwanaście minut później piloci otrzymali zgodę na odlot. Ich pierwsza próba wzbicia maszyny w powietrze zakończyła się niepowodzeniem, podobnie druga, przerwana z powodu złego ciśnienia w silniku numer jeden. Po tym incydencie pasażerowie opuścili maszynę i udali się do hali odlotów. Spodziewali się, że czeka ich nocleg w Monachium, a do kraju wrócą dopiero następnego dnia. Taki scenariusz wydawał się najbardziej racjonalny, bo warunki pogodowe nie ulegały wyraźniej poprawie. Mimo tego kapitan James Thain postanowił raz jeszcze spróbować odlecieć z bawarskiej stolicy. Chciał uniknąć opóźnień w rozkładzie lotów, poza tym wydawało mu się, że znalazł źródło niepowodzeń przy dwóch pierwszych startach. Receptą na to miało być wolniejsze zwalnianie przepustnicy, co za tym idzie – mniejsze przyspieszenie i wystartowania z dalszej części pasa. Decyzja ta okazała się brzemienna w skutkach.

O godzinie 15:03 maszyna ruszyła do startu, szybko nabierała prędkości i „połykała” kolejne metry. Kiedy już miała osiągnąć punkt V2 umożliwiający wzbicie w powietrze, wjechała na część pasa, na której zalegała warstwa śniegu i błota, a prędkość zaczęła gwałtownie maleć. Nie udało się poderwać samolotu, jego wyhamowanie też okazało się niemożliwe – potężny metalowy kolos wyjechał poza pas startowy, przebił ogrodzenie i uderzył skrzydłem w dom mieszkalny. Część samolotu uderzyła w drewniany garaż, w którym stał samochód. Pojazd wybuchł, a płomienie szybko przeniosły się na samolot. W katastrofie zginęło dwudziestu trzech spośród czterdziestu czterech uczestników lotu, w tym ośmiu piłkarzy Manchesteru United. Przez lata media podawały, że na pokładzie maszyny znajdowały się czterdzieści trzy osoby, taką informację znajdziemy m.in. w dokumentalnym filmie wyprodukowanym w 2006 roku przez BBC. To nieprawda, wiele źródeł nie podaje bowiem, że jednym z uczestników lotu był George Williams Rodgers pełniący rolę radiooperatora lotu. Skąd to niedopatrzenie? W chwili katastrofy mężczyzna zdjął swoją kurtkę lotniczą i podarował jej jednej ze stewardes, Margaret Bellis. Z tego powodu wyglądał jak cywil i nie został w ogóle uwzględniony w pierwszych raportach. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, oficjalnie dopisano Rodgersa do listy uczestników lotów i został dwudziestym pierwszym ocalałym z katastrofy.

******

Dla drużyny, która miała u swych stóp cały świat i właśnie szykowała się do wejścia na szczyt europejskiego panteonu futbolowego to był niewyobrażalny szok. Manchester był już wówczas uznaną marką, żeby zrozumieć jak wielką, musimy przenieść się do roku 1945, kiedy to pracę w mieście włókniarzy rozpoczął Mutt Busby, Szkot, jako zawodnik przez lata związany z … Liverpoolem.

Właściwie to rozważania na temat „Czerwonych Diabłów” należałoby rozpocząć nawet dekadę wcześniej – w latach trzydziestych klub prządł naprawdę cienko: dwu-krotnie spadał do niższej klasy rozgrywkowej, groziło mu bankructwo i wycofanie z rozgrywek ligowych, a z powodu zbombardowania Old Trafford przez Luftwaffe swoje domowe mecze musiał organizować na boisku lokalnego rywala, City. W takich oto, mało komfortowych warunkach, w mieście pojawia się Busby. Szkot wraca  do metropolii (w szeregach „The Citizens” zaczynał bowiem swoją piłkarską karierę) z konkretną, acz rewolucyjną wizją – chce zbudować potęgę na podwalinach własnej akademii piłkarskiej. W klubie szybko zyskuje sojusznika w osobie Waltera Crickmera. To on w 1938 roku zakładał Młodzieżowy Klub Sportowy Manchester United, z którego Busby w przyszłości czerpał będzie pełnymi garściami.

Dwa lata pracy na Old Trafford wystarczają Busby’emu, żeby wywalczyć pierwsze trofeum. W 1948 roku sięga po Puchar Anglii, pokonując w finale Blackpool, w  ro-ku1952 jego podopieczni nie mają już sobie równych w lidze i pewnie sięgają po mistrzostwo. Duża część składu Manchesteru opiera się już wówczas na wychowankach, jednak nie wszyscy kluczowi gracze pochodzą z własnej akademii. W 1953 roku Busby kontraktuje np. Tommy’ego Tylora płacąc za niego Barnsley astronomiczną jak na owe czasy kwotę 29 999 funtów. Napastnik okazuje się idealnym uzupełnieniem „diabelskiej” układanki, gra na tyle skutecznie i efektownie, że wkrótce Inter Mediolan gotów jest wyłożyć na niego 65 tysięcy funtów. Busby nie zamierza jednak sprzedawać jednego ze swoich kluczowych zawodników, wie, że bez Taylora o triumf w Pucharze Mistrzów może być bardzo trudno.

Rok 1956 i United znów wygrywają ligę. Robią to w imponującym stylu, prezentując bardzo ofensywny futbol i wystawiając do gry bardzo młodych zawodników: średnia wieku mistrzowskiej ekipy wynosi zaledwie 22 lata. Kolejne wyzwanie to podbój Eu-ropy, Busby’emu nie wystarcza już bowiem tylko dominacja na krajowym podwórku. Bez zgody władz angielskiej piłki menadżer Manchesteru decyduje się na start w Pucharze Mistrzów. W pierwszej rundzie jego podopieczni rozbijają Anderlecht (10:0 na Maine Road i 2:0 w Brukseli), w kolejnych eliminują Borussię Dortmund i Athletic Bilbao, w końcu w półfinale ulegają wielkiemu Realowi 3:5 (1:3 w Madrycie i 2:2 przed własną publicznością).

W następnym sezonie Manchester znów prze po upragniony tytuł – w pierwszej rundzie nie daje najmniejszych szans Shamrock Rovers (6:0 i 3:2), w 1/8 finału eliminuje Duklę Praga (3:0 i 0:1), w końcu w ćwierćfinale trafia na Crveną Zvezdę. Na swoim terenie MU przegrywa do przerwy 0:1, po golach Charltona i Colmana zwycięża jednak 2:1. W Belgradzie broni zaliczki i szykuje się już do półfinałowej batalii z Milanem. Jest 6 lutego 1958 roku i „Czerwone Diabły” w glorii wracają na Wyspy, czeka je jeszcze tylko krótka wizyta w Monachium …

*****

Jeśli symbolem monachijskiej katastrofy miałby stać się jeden człowiek, bez dwóch zdań byłby nim Duncan Edwards – najmłodszy, najzdolniejszy, mający na koncie największe sukcesy z ósemki, która w stolicy Bawarii rozegrała swój ostateczni mecz. Mit Duncana utrwalił się najmocniej także dlatego, że nie zginął on na miejscu katastrofy, ale po piętnastodniowej walce o życie w monachijskim szpitalu. Był herosem, który do dziś stawiany jest za wzór wszystkim adeptom manchesterskiej akademii piłkarskiej. Umierając w wieku 21 lat Edwards miał już na koncie 177 występów dla United i 18 w reprezentacji Anglii! Innym piłkarzem, który zginął na lotnisku Riem był Roger Byrne – kapitan drużyny, uznawany za jednego z najwybitniejszych obrońców swoich czasów. Prawdziwy innowator, jako jeden z pierwszych lewych obrońców włączał się w akcje ofensywne swojego zespołu i jeden z nielicznych, którzy pamiętali początki ery „Dzieci Busby’ego”. W momencie katastrofy miał 26 lat. To on po przegranym finale Pucharu Anglii 1:2 z Aston Villą miał powiedzieć sławne zdanie: Nevermind, We’Il be back next year (To bez znaczenia, wrócimy tu za rok). United faktycznie wróciło, tyle już bez Byrne’a. Nominalnym zmiennikiem kapitana United w wyjściowej jedenaste był Geoff Bent. Do Belgradu na mecz z Crveną Zvezdą poleciał, bo właśnie miał zastąpić w składzie Byrne’a. Ostatecznie kontuzja tego drugiego okazała się niegroźna i Bent cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. Jego śmierć była więc wyjątkowo okrutna – na dobrą sprawę nie powinno go w ogóle być w tym feralnym samolocie. Eddie Colman to kolejny szalenie uzdolniony zawodnik, który zakończył życie w Monachium. Był jednym z ulubieńców kibiców z Old Trafford, znakomicie dryblował, miał świetne czucie piłki, a niekonwencjonalnymi podaniami potrafił rozerwać każdą, najszczelniejszą nawet defensywę rywali. Prywatnie bliski przyjaciel Duncana Edwardsa. Jak w środku pola brylował Colman, tak na skrzydle równych sobie nie miał David Pegg. W kadrze nie istniał, na jego pozycji niekwestionowaną gwiazdą był bowiem Tommy Finney z Preston North End. Dla Manchesteru był jednak nieoceniony – szybki, przebojowy, nieszablonowy, dysponujący znakomitym dośrodkowaniem i świetnym strzałem, z „Czerwonymi Diabłami” związany od maleńkości, w klubie pojawił się jako piętnastoletni podrostek, debiutował dwa lata później. Identyczną ścieżkę kariery przeszedł Mark Jones, kolejny piłkarz również niespełniony w kadrze Dumnych Synów Albionu, ale dla Manchesteru bezcenny. W drużynie Matta Busby’ego podstawowy defensywny pomocnik, dla klubu zagrał łącznie 121 razy. W reprezentacji świetnie radził sobie za to kolejny, który zginął w Monachium – Tommy Taylor, być może najlepszy napastnik tamtych lat na naszej planecie. Do niedowiarków niech przemówią liczby – w barwach Manchesteru strzelił 131 goli w 191 spotkaniach, dla kadry – 16 w 19 meczach. Fenomen, który doskonale grał głową, świetnie strzelał z obu nóg, a w polu karnym rywala zachowywał się jak lis w ciemnym kurniku – uderzał cicho, szybko i szalenie precyzyjnie. O jego transferze z Barnsley wspominaliśmy wyżej. Warto napisać tylko dlaczego Busby zapłacił za niego 29 999 funtów, a nie okrągłą i bardziej logiczną sumę – trzydziestu tysięcy? Chciał w ten sposób zdjąć z zawodnika ewentualną presję, która mogła rosnąć, gdyby okazało się, że początki Taylora w klubie będą ciężkie, a strzelanie goli nie będzie szło tak jak wymarzył sobie to szkocki menadżer. Asekuracja Busby’ego okazała się jednak niepotrzebna, Taylor bardzo szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu, a że był egzekutorem wysokiej klasy w ciągu dwóch lat jego wartość na rynku transferowym podwoiła się. Nie odszedł jednak do Interu, to z Manchesterem chciał sięgać po najbardziej prestiżowe trofea …

Piłkarze Manchesteru, którzy zginęli w katastrofie w Monachium:
Roger Byrne, Mark Jones, Duncan Edwards, Tommy Taylor, Eddie Colman, Liam Whelan, David Pegg, Geoff Bent

Chociaż spośród ofiar katastrofy najczęściej wspomina się będących u szczytu piłkarzy Manchesteru United, warto pamiętać, że w Monachium życie straciło też piętnaście innych osób, a większość z nich była na różnych płaszczyznach ściśle powiązana z „Czerwonymi Diabłami”. W klubie od 1926 roku pracował Walter Crickmer, szara eminencja na Old Trafford, pełniący m.in. funkcję sekretarza i menadżera. Był jednym z najbliższych współpracowników Jamesa Gibsona, z którym zakładał piłkarską akademię MU. Na rzecz klubu przepracował w sumie trzydzieści dwa lata. Niewiele mniejszym stażem mógł pochwalić się Tom Curry, jako piłkarz związany z Newcastle United, trenerce oddany jednak w Manchesterze. Sam Busby mawiał o nim, że to „najlepszy trener w Wielkiej Brytanii”. Podobnie zresztą jak Bart Halley, kolejny ceniony szkoleniowiec, kariera którego brutalnie zakończona została w Monachium. Wśród ofiar katastrofy znalazło się również ośmiu dziennikarzy z Frankiem Swiftem na czele – byłym bramkarzem reprezentacji Anglii i wielką gwiazdą Manchesteru City, który po zakończeniu kariery poświęcił się właśnie dziennikarstwu.

Pozostali członkowie lotu, którzy zginęli w Monachium:
Walter Crickmer – sekretarz klubu; Bert Whalley – główny trener; Tom Curry – trener; Alf Clarke – dziennikarz Manchester Evening Chronicle; Donny Davies – dziennikarz Manchester Guardian; George Follows – dziennikarz Daily Herald; Tom Jackson – dziennikarz Manchester Evening News; Archie Ledbrooke – dziennikarz Daily Mirror; Henry Rose – dziennikarz Daily Express; Eric Thompson – dziennikarz Daily Mail; Frank Swift – dziennikarz News of the World; kapitan Kenneth Rayment – pilot; Bela Miklos – agent biura turystycznego; Willie Satinoff – kibic, Tom Cable – steward

Śmierć ośmiu znakomitych piłkarzy to był dla Manchesteru cios niewyobrażalny, ale niejedyny, jaki spadł na drużynę w Niemczech. Wskutek katastrofy ucierpiało bowiem kilku kolejnych piłkarzy, którzy mogli zapomnieć o profesjonalnym uprawianiu futbolu, a kilku następnych musiało przejść długą i żmudną rehabilitację. Po Monachium buty na kołku zawiesić musieli m.in. Johny Berry, który miał pękniętą czaszkę, szczękę, łuk brwiowy, miednicę i złamaną nogę, a także Jackie Blanchflower – pęknięta miednica, połamane nogi i ręce, zmiażdżone nerki. Pierwszy rozegrał dla United 276 spotkań, drugi – 117. Nominalnym zmiennikiem Berry’ego był Ken Morgan i to on miał zostać jego następcą na Old Trafford. Morgan był najmłodszym uczestnikiem monachijskiej katastrofy, w dniu wypadku liczył sobie zaledwie osiemnaście lat. U nastolatka dała o sobie znać krucha psychika. Po wydarzeniach w Bawarii długo nie mógł dojść do siebie, nigdy nie odnalazł dawnej formy, a dla „Czerwonych Diabłów” w ciągu pięciu lat rozegrał zaledwie dwadzieścia trzy mecze.

******

Większość ofiar monachijskiej katastrofy to piłkarze bardzo młodzi, którzy dopiero wchodzili w świat wielkiego futbolu. Taki był zresztą cały ówczesny Manchester, nie bez kozery nazywany „Dziećmi Busby’ego”. Filozofia Szkota opierała się na banalnie prostych zasadach – wychować samemu, albo kupić możliwie tanio i możliwie wcześnie, żeby „ułożyć” piłkarza na własną modłę. Po pierwsze wiązało się to z niższymi kosztami, po drugie – piłkarze od najmłodszych lat utożsamiali się z klubem i wrastali w jego struktury, stając się „czerwonymi” do szpiku kości. Lwią część zawodników pierwszej jedenastki stanowili więc piłkarze ze słynnej manchesterskiej kuźni, do której trafiało się zazwyczaj w bardzo młodym wieku. Pierwszymi, którzy zdołali przebić się z niej do wyjściowej jedenastki byli Jeff Whitefoot, Jackie Blanchflower i Roger Byrne. W 1953 roku dołączyli do nich Billy Foulkes, Mark Jones, David Pegg, Liam Whelan, Eddie Colman i Duncan Edwards. To oni stanowili trzon drużyny, która w 1956 i 1957 sięgała po mistrzostwo i właśnie miała rzucić w Europie wyzwanie wielkiemu Realowi.

Najsłynniejszym z tego grona był oczywiście Edwards, który już w 1948 roku został zauważony przez szperacza (dziś nazwalibyśmy go skautem) Jacka O’Briena. Ten rekomendował dwunastolatka jako największy talent na Wyspach. Dokooptowanie go do stajni „Czerwonych Diabłów” nie było zabiegiem prostym, nastolatka kusiło bowiem również kilka innych drużyn: Aston Villa, West Bromwich Albion czy Birmingham. Ostatecznie sam Edwards zadecydował o przeprowadzce na Old Trafford. Gdy debiutował w pierwszej drużynie (4 kwietnia 1953) miał dokładnie 16 lat i 185 dni, pierwszy występ w reprezentacji zaliczył niecałe dwa lata później (w wieku 18 lat i 183 dni, rekord pobity dopiero w 1998 roku przez Michaela Owena). Edward był flagowym przykładem „Busby’s Baby” – młody, szalenie zdolny, odważnie wprowadzany do gry przez pierwszego szkoleniowca. Z innych, którzy przecierali podobny szlak i również zakończyli życie w Monachium warto wspomnieć choćby Rogera Byrne’a, który w wieku dwudziestu dwóch lat dzierżył kapitańską opaskę, czy Geoffa Benta – z klubem związanego od chwili ukończenia szkoły. W pierwszym składzie MU grał raptem przez trzy lata, zdążył jednak uskładać w sumie aż 108 oficjalnych występów w koszulce „Czerwonych Diabłów”. Jako 15-letni młokos na Old Trafford pojawił się David Pegg (150 meczów dla Man Utd). W tym samym wieku do akademii trafili też Mark Jones (na debiut czekał dwa sezony, pierwszy raz klubową koszulkę założył przed ukończeniem siedemnastu wiosen) i Irlandczyk Liam Whelan (który w dorosłym Manchesterze debiutował jeszcze przed dwudziestką). Ostatni z nich w meczu z Crveną Zvezdą nie zagrał, konkurował bowiem o wyjściowy skład z Bobbym Charltonem, a Busby uznał, że w Belgradzie lepiej poradzi sobie Anglik.

*****

Wiele ofiar tragedii w Monachium doczekało się pośmiertnego upamiętnienia. Naj-częściej bohaterom stawiano pomniki, bądź ryto ich nazwiska na pamiątkowych tablicach. Niejednokrotnie puszczano jednak wodze fantazji i decydowano się na bardziej oryginale upamiętnienie manchesterskich herosów. W Dublinie, rodzinnym mieście Liama Whelana, jego imieniem nazwano łączący ulice Connaught Street i Fassaugh Road most, od 2006 roku – Liam Whelan Bridge, a dwa dni przed pięćdziesiątą rocznicą katastrofy irlandzka poczka, An Post, wypuściła do obiegu znaczek z podobizną piłkarza.

W Salford jeden z akademików miejscowego uniwersytetu nazwany został Eddie Colman, natomiast w małym miasteczku Highsfield w Donacasterze jedno z krzeseł w kościele świętego Jana poświęcone zostało Davidowi Peggowi. Po likwidacji świątyni pamiątkowy mebel przeniesiono do kościoła Wszystkich Świętych w Woodlands, w którym zajmuje on honorowe miejsce przy głównym ołtarzu.

Najbardziej osobliwą i oryginalną formą uczczenia pamięci ofiar monachijskiej kata-strofy jest chyba jednak … witraż w kościele świętego Franciszka w Dudley, rodzin-nej miejscowości Duncana Edwardsa. W 1961 roku w świątyni wstawiono dwa witrażowe okna upamiętniające życie legendarnego piłkarza United. Na obu znajduje się podobizna zawodnika opatrzona zdaniem prezentującym jego osobę. W Dudley stanął również pomnik Edwardsa, jego imieniem nazwano kompleks boisk, ulicę oraz pub. W 2002 roku w Preston utworzono Galerię Sław Angielskiej Piłki Nożnej – jej listę otwiera właśnie Edwards. Co ciekawe, Anglik formalnie nie spełniał wymagań, aby zostać na niej umieszczonym. Nie miał bowiem ukończonych trzydziestu lat, ani nie grał w Anglii przynajmniej pięć sezonów. Do tej drugiej granicy zabrakło mu zaledwie dwóch miesięcy. Mimo tego nikt nie miał wątpliwości, że Edward w pełni zasługuje na to, aby znaleźć się w gronie wyróżnionych. To najlepiej dowodzi jakim szacunkiem, mimo upływu lat, wciąż cieszy się na Wyspach jeden z największych talentów w historii Manchesteru United.

Za swoje poświęcenie uhonorowany został też Harry Gregg. W Monachium bramkarz Manchesteru wykazał się niezwykłą odwagą – wszedł na pokład płonącego samolotu i wyciągnął z niego kilku współtowarzyszy feralnego lotu, m.in. Bobby’ego Charltona, Matta Busby’go czy Verę Lukić i jej córkę. Gdyby nie on, najpewniej lista ofiar byłaby dużo dłuższa. Gregg odznaczony został m.in. Orderem Imperium Brytyjskiego, otrzymał także tytuł doktora Uniwersytetu w Ulsterze.

******

Keep the flag flying, Jimmy (Utrzymaj w górze flagę, Jimmy) – tymi słowami Matt Busby miał pożegnać w monachijskim szpitalu swojego asystenta, Jimmy’ego Murphy’ego. Szkot dochodził do siebie po licznych obrażeniach i leżał pod specjalnie skonstruowanym namiotem tlenowym, jego podwładny był w pełni sił, zabrakło go bowiem na pokładzie samolotu wracającego z Belgradu. Tego samego dnia swój kwalifikacyjny mecz do mundialu rozgrywała reprezentacja Walii, a Murphy był również jej menadżerem i zamiast na południe kontynentu udał się w podróż do Cardiff. Teraz na jego barkach spoczęło zadanie podniesienia z gruzów okaleczonego giganta. W najbliższy weekend United mieli rozgrywać na Old Trafford niezwykle prestiżowe spotkanie z prowadzącym wówczas w tabeli Wolverhampton. Gdyby wygrali zmniejszyliby dystans do „Wilków” i zachowali realne szanse na trzecie mistrzostwo z rzędu. W zaplanowanym terminie do tego spotkania jednak nie doszło. Pierwszy mecz odbył się trzynaście dni po katastrofie, a rywalem MU było Sheffield Wednesday.

Zanim jednak doszło do tego pojedynku cały Manchester pogrążył się w żałobie, do miasta sprowadzono bowiem ciała ofiar. Złożono je w sali gimnastycznej zlokalizo-wanej na stadionie, a dopiero potem oddano w ręce rodzin. W ceremoniach pogrze-bowych każdego z ośmiu piłkarzy „Czerwonych Diabłów” uczestniczyło dziesiątki tysięcy kibiców, taksówkarze oferowali darmowe przejazdy wszystkim jadącym na cmentarz, a kolejka do Cmentarza Południowego, głównej nekropolii miasta, miała długość sześciu mil. Każdy fan pragnął pożegnać swoich bohaterów. Katastrofa odbiła się szerokim łukiem na całym świecie. Do klubu zewsząd napływały kondolencje, a Liverpool i Nottingham były pierwszymi zespołami, które zaoferowały swoją pomoc. Football Association (Angielska Federacja Piłkarska) specjalnie dla United nagięła jedną ze swoich żelaznych zasad, że dany gracz w jednym sezonie może zagrać w Pucharze Anglii tylko barwach jednego klubu. To otwierało przed Murphym furtkę, która pozwoliła na mozolny proces odbudowy drużyny. Jej pierwszym krokiem było pozyskanie z Blackpool Erniego Tylora.

*****

Trzynaście dni po Monachium Manchester rozegrał swój pierwszy mecz. Była nim wspomniana potyczka z Sheffield Wednesday w piątej rundzie Pucharu Anglii. Mimo zimna na trybunach zgromadził się komplet 59 848 widzów, kolejnych kilka tysięcy czekało przed stadionem. Fani płakali, wielu z nich na biało-czerwonych szalikach zawiesiło kiry, stadion milczał chcąc oddać hołd poległym bohaterom. W programie meczowym na stronie z nazwiskami piłkarzy pod nagłówkiem „Manchester United” została pusta przestrzeń, z kolei na okładce pojawił się krótki komunikat wydany przez klub: Although we mourn our dead and grieve for our wounded, we belive that greats days are not done for us … Manchester United will rise again (Chociaż opłakujemy naszych zmarłych i martwimy się o rannych, wierzymy, że wspaniałe dni jeszcze dla nas nie przeminęły … Manchester United powstanie ponownie).

W wyjściowym składzie „Czerwonych Diabłów” pojawiło się na murawie dwóch za-wodników, którzy przeżyli katastrofę, bramkarz Harry Gregg i prawy obrońca Bill Foulkes. Reszta drużyny uzupełniona została o najzdolniejszych juniorów i zawodników naprędce ściągniętych z innych drużyn, m.in. Ernim Taylorem i Stanem Crowtherem, który podpisał kontrakt zaledwie godzinę przed meczem i otrzymał specjalne pozwolenie na grę od FA, gdyż wcześniej uczestniczył w tych rozgrywkach jako piłkarz Aston Villi. Kibiców zdziwił widok Gregga i Foulkesa w podstawowej jedenastce. Dla nich jednak była to naturalna kolej rzeczy. Jak po latach w swojej autobiografii wspominał pierwszy z nich: To gra w piłkę uratowała moją psychikę. Nie mogłem doczekać się kolejnego treningu. Te krótkie momenty spędzone na bieganiu, kopaniu, rzucania się były moją drogą ucieczki. W meczu z Sheffield na prawej obronie zagrał niedawny junior Ian Greaves, na prawej pomocy wspomagał go Freddie Goodwin, a w środku pola Ronnie Cope. Wszyscy pochodzili z juniorskiej akademii United. Swój debiut w dorosłym Manchesterze odnotował tego wieczoru Mark Pearson, mizerny dorobek występów podreperowali Colin Webster, Alex Dawson i Shay Brennan. Gdyby nie Monachium większość z nich na zaistnienie na Old Trafford musiałoby z pewnością poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Jednostronny pojedynek zakończył się pewnym zwycięstwem Manchesteru 3:0. Przy szaleńczym dopingu fanów „Czerwone Diabły” zmiażdżyły rywali i awansowały do ćwierćfinału Pucharu Anglii. Występujący w eksperymentalnym składzie gospodarze zagrali koncertowo, niemniej i przybysze z Sheffield ułatwili im nieco zadanie. Wednesday chyba byli bardziej przejęci podniosłą atmosferą meczu niż młode manchesterskie wilki i ostatecznie nie postawili miejscowym zbyt wygórowanych warunków. Kibice United uwierzyli, że mimo ogromu tragedii ich zespół będzie grał dalej i choć wielu herosów z Old Trafford nie zobaczą już nigdy w akcji, ich klub powstanie ze zgliszczy … Dwa dni później z Monachium nadeszła wiadomość, że po 15-dniowej walce o życie zmarł Duncan Edwards …

Na fali silnej woli Manchester dotarł ostatecznie do finału FA Cup. W ćwierćfinale uporał się z West Bromwich Albion (2:2 na wyjeździe i 1:0 przed własną publiczno-ścią), w kolejnej rundzie wyeliminował Fulham (2:2 i 5:3), w finale – w obecności stu tysięcy widzów – nie dał jednak rady Boltonowi. Wanderers wygrali 2:0, a dla „Czerwonych Diabłów” już samo dotarcie do finału było olbrzymim sukcesem.

Zgodnie z przewidywaniami porażką zakończył się również półfinałowy dwumecz z Milanem w Pucharze Mistrzów. Wprawdzie na Old Trafford mistrzowie Anglii, po go-lach Taylora i Violleta, wygrali 2:1, w stolicy Lombardii odarci zostali jednak z resztek złudzeń, Milan rozbił ich 0:4 i awansował do finału najważniejszego z europejskich pucharów. Również w lidze „Czerwonym Diabłom” szło jak po grudzie, od Mona-chium wygrali tylko raz – 2:1 z Sunderlandem. Poza tym do końca sezonu zanotowali pięć remisów i aż osiem porażek, zamiast walczyć o trzecie z rzędu mistrzostwo osunęli się w tabeli aż na dziewiąte miejsce. Busby’ego i jego sztab czekało wiele pracy, aby przywrócić świetność gigantom z Old Trafford.

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Manchesterze pojawiają się m.in. Albert Quixall, Noel Cantwell, Denis Law i Pat Crerand, to oni – wspólnie z ocalałymi z Monachium – mają tworzyć w klubie nową jakość. Początek jest obiecujący, sezon 1958/59 United kończą bowiem na drugim miejscu w tabeli, potem jest już jednak znacznie gorzej – miejsca siódme, siódme, piętnaste i w końcu w sezonie 1962/63 dziewiętnaste! Na Old Trafford jest źle i kto wie, czy z klubem nie pożegnałby się wówczas Matt Busby, gdyby nie zdobycie Pucharu Anglii. To uratowało szkockiego szkoleniowca i sam … Manchester. Już w następnym sezonie United znów zostają wicemistrzami, w kolejnym – w końcu zasiadają na tronie. Wynik ten powtarzają wiosną 1967, dzięki czemu mają możliwość występu w kolejnej edycji Pucharu Mistrzów.

Udział w rozgrywkach rozpoczynają od łatwego wyeliminowania maltańskiego Hiberniansu, w drugiej rundzie wygrywają z FK Sarajewo. Na Bałkanach remisują bezbramkowo, na Old Trafford wygrywają jednak 2:1. W ćwierćfinale na „Czerwone Diabły” czeka już Górnik Zabrze. Na Wyspach mistrzowie Polski przerywają 0:2, drugiego gola tracąc w dziewięćdziesiątej minucie meczu po strzale Briana Kida. To kluczowe trafienie tej rywalizacji, w rewanżu na Stadionie Śląskim Górnik wygrywa bowiem 1:0, mimo tego w dwumeczu jest właśnie o to jedno trafienie słabszy. Ostatnią przeszkodą Manchesteru na drodze do finału pozostaje Real Madryt. Pierwsze spotkanie United grają na Old Trafford i dzięki trafieniu George’a Besta pokonują „Królewskich” 1:0. Na Santiago Bernabeu nie jadą jednak w roli faworytów. 125 tysięcy hiszpańskich socios wierzy, że ich ulubieńcom uda się odrobić straty i znów awansować do finału. Początek spotkania wskazuje, że właśnie tak będzie. Real prowadzi 2:0, do przerwy 3:1 i niepodzielnie panuje na boisku. Po zmianie stron przewagi nie potrafi jednak udokumentować kolejnymi trafieniami. W 73 minucie kontaktową bramkę zdobywa za to David Sadler, a pięć minut później na 3:3 trafia Bill Foulkes – człowiek, który nie tylko przeżył Monachium, ale i był jednym z dwóch piłkarzy grających w pierwszym po katastrofie meczu z Sheffield. O bardziej wymowną symbolikę nie powstydziłby się i sam William Szekspir!

W finale na „Czerwone Diabły” czekała już Benfica, która w poprzedniej rundzie w wielkim stylu wyeliminowała Juventus Turyn. W starciu z Manchesterem, na wypeł-nionym po brzegi Wembley, nie miała jednak większych szans. Wprawdzie po dzie-więćdziesięciu minutach na tablicy wyników utrzymywał się wynik 1:1, w dogrywce Anglicy w ciągu dziesięciu minut załatwili jednak sprawę. Najpierw trafił 19-letni Kidd, następnie Best, a dzieła zniszczenia dokończył Charlton. United wygrali 4:1 i w dziesięć lat od katastrofy w Monachium spełnili swoje największe sportowe marzenie. Ulgę poczuł zwłaszcza Matt Busby, który przez lata obwiniał się o wydarzenia na Riem. Twierdził, że to jego imperialistyczne plany podboju Europy doprowadziły klub ku wrotom piekła. Dekadę później, w świątyni brytyjskiego futbolu, mógł poczuć przynajmniej częściową ulgę i rehabilitację. Nie dziwi, że trofeum zadedykował swoim „dzieciakom”, które dziesięć lat wcześniej nie ukończyły swojego marszu ku szczytom Olimpu.

Pamięć o bohaterach z Monachium kultywowana jest w fanach z pokolenia na pokolenie. Najgorliwsi z nich co roku zbierają się godzinę przed meczem najbliższym datą rocznicy tragedii pod pamiątkową tablicą i chóralnie odśpiewują piosenkę „The Flowers of Manchester”. Bo United nie zginą nigdy!

Krótka historia Upton Park FC


Idę o zakład, że o istnieniu Upton Park FC słyszała może garstka z was. A i ten margines statystycznego błędu o drużynie z Wysp dowiedział się pewnie przypadkiem. Nie dziwię się, bo i kogóż interesować może klub, który został rozwiązany w roku, w którym rozpoczęto budowę Wieży Eiffla, Arthur Conan Doyle opublikował Studium w szkarłacie, w którym po raz pierwszy pojawiła się postać Sherlocka Holmesa, a Emil Berliner opatentował gramofon. Był rok 1887, a takie potęgi jak Liverpool, Newcastle czy Chelsea … jeszcze nie istniały. W Brytanii dopiero rozpoczynał się boom na futbolowe szaleństwo, a Upton Park właśnie … znikało z piłkarskiej mapy Królestwa.

Klub miał za sobą raptem dwudziestoletni żywot, powstał bowiem w 1866 roku i bez kozery napisać można, że był jednym z pionierów piłki nożnej na świecie. Przed pięć lat grywał tylko towarzysko, podobnie zresztą jak wszystkie inne ówczesne ekipy, pod żadną szerokością geograficzną o jakichkolwiek regularnych rozgrywkach nikt jeszcze nie słyszał. Dopiero w sezonie 1871/72 powołano do życia Puchar Anglii, a Upton Park było jedną z piętnastu drużyn, które wystąpiły w premierowej edycji FA Cup. Trofeum nie zdobyli nigdy, choć czterokrotnie dobijali się do ćwierćfinałów.

Jak już wspominałem klub rozstał rozwiązany w 1887 roku. I właściwie dalszej części tekstu by nie było, gdyby nie fakt, że już cztery lata później nastąpiła jego reaktywacja. Nowe siły witalne wpompowane w trupa przyniosły swój efekt, ale tylko na krótkim dystansie. Drugie życie Upton Park trwało bowiem równe dwie dekady i zostało całkowicie przerwane w 1911 roku. Te dwadzieścia lat wystarczyły jednak, aby nasi nieistniejący już bohaterowie na trwałe zapisali się na kartach historii światowego futbolu …

Był rok 1900, do Paryża zjechało 997 najlepszych atletów globu, aby na drugich w nowożytnej historii igrzyskach olimpijskich walczyć o upominki (medale dostarczano pocztą po zakończeniu igrzysk) w dwudziestu dyscyplinach. Wśród nich po raz pierwszy do rywalizacji stanęli futboliści. Nie były to jednak reprezentacje z prawdziwego zdarzenia, które aby wziąć udział w olimpijskich zmaganiach musiały przebrnąć przez eliminacyjne sito. Federacje nie były zainteresowane startem w mało popularnych rozgrywkach, ba – nawet mistrzowie poszczególnych krajów nie byli skłonni na przyjazd do Paryż. Samemu Pierre’owi de Coubertin odmówili m.in. najlepsi w Belgii piłkarze Racingu Bruksela i jego krajanie z Havre Athletic Club. Innym problemem było zaproszenie zespołów z Anglii, w której dwie najwyższe ligi miały już etykietkę „zawodowców”. A przecież igrzyska przeznaczone miały być w swym założeniu dla amatorów … Ostatecznie udało się zebrać trzy zespoły, które stanęły do walki o olimpijskie laury: Union des Sociétés Françaises de Sports Athlétiques, Université Libre de Bruxelles i Upton Park. Belgowie zagrali jeden mecz, dostali lanie od Francuzów (2:6) i dali sobie spokój. Protoplaści „Trójkolorowych” w starciu z Wyspiarzami rywalizowali więc o złoto. Na paryskim Vélodrome de Vincennes w obecności całych pięciuset widzów przegrali jednak 0:4, skutkiem czego pierwszym mistrzem olimpijskiego turnieju został Upton Park FC.

Jakieś głęboko uśpione we mnie komórki statystyka-kronikarza nakazują przytoczenie zwycięskiego składu. Podaję z ciekawości, choć wątpię, czy ktokolwiek odnajdzie tu znajomą personę:

J. H. Jones - Claude Percy Buckingham, William Sullivan Grosling - Alfred Ernest Chalk, T. E. Burridge, William Fransis Quash - Arthur R. Turner, F. G. Spackman, J. Nicholas, James Edward Zealey, A. Haslom

Jak widać, sukces klubu nie skutkował wzrostem jego zainteresowania w ojczyźnie. Upton Park istniało jeszcze tylko przez jedenaście lat aż pochłonęły je futbolowe czeluści, z których nie wydostało się już nigdy. I pomyśleć, że kiedy pierwszy mistrz olimpijski definitywnie znikał w piłkarskiej mapy świata w Belfaście wodowano Titanica, a we Lwowie zakładano … PZPN.

Przed pierwszą grą


Większość kibiców, którzy interesują się historią reprezentacji Polski w piłce nożnej wie, że kadra swój pierwszy oficjalny mecz rozegrała 18 grudnia 1921 roku. Wie, że rywalem biało-czerwonych byli Węgrzy, a „Orły” przegrały 0:1. Niewielu jednak potrafi powiedzieć, co było wcześniej: skąd wyselekcjonowani zostali piłkarze na pierwszy międzypaństwowy mecz? W jaki sposób futbol znalazł się na polskich ziemiach i kto był pionierem w jego zaszczepianiu w państwie … które formalnie nie istniało na politycznych mapach świata? Przecież Polska nie znajdowała się w próżni i nagle nie objawiło się jedenastu herosów zdolnych rzucić wyzwanie Węgrom. Futbol na na-szych ziemiach rozwijał się już wcześniej, przybierał nawet znamiona profesjonalizmu, choć prawdę powiedziawszy o prekursorach wciąż wiemy bardzo mało.

Kiedy okrągły przedmiot zwany piłką został po raz pierwszy kopnięty na naszych ziemiach nie wiemy i z pewnością nie dowiemy się nigdy. Trudno też pisać o „na-szych” ziemiach, bo Polska jako państwo wówczas nie istniała. Rzeczpospolita została rozebrana między trzech zaborców, a wolność – po stu dwudziestu trzech latach niewoli – odzyskała dopiero w 1918 roku. Istniało w niej już wówczas kilkadziesiąt klubów, futbolem parało się kilkuset zawodników, więc w nowym państwie pod-stawy piłki funkcjonowały. Od kiedy, dokładnie wskazać nie sposób, opierać możemy się jedynie na wiarygodnych źródłach, a te wskazują na rok 1867. I Lwów. Całkiem prawdopodobne, że w galicyjskiej metropolii wszystko się zaczęło.

To właśnie tam w roku 1867 powstaje Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, a jego podopieczni zaczynają trenować egzotyczną dyscyplinę, jaką jest futbol. Jednym z członków klubu jest inżynier Niedzielski, który podczas swojego pobytu w Odessie widział, jak w piłkę grają angielscy marynarze. Zaszczepia on w swoich współtowarzyszach klubowych pasję do tego sportu, próbuje także skodyfikować reguły gry, co wcale nie jest rzeczą prostą. W Sokole wiodącą dyscypliną jest rzecz jasna gimnastyka, futbolem zaczynają interesować się jednak coraz większe rzesze lwowskiej młodzieży. Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć można, że spośród wszystkich zaborów kultura fizyczna stała na najwyższym poziomie w Galicji, skąd czerpała wzorce austriackie i węgierskie. Nie dziwi więc, że kolejnym punktem na piłkarskiej mapie Polski został Kraków. To tam 12 marca 1889 roku otwarty zostaje Park Jordana, gdzie trenuje i rozgrywa swoje „mecze” krakowski Sokół. Rok wcześniej Jordan – ceniony lekarz i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – otrzymał do Rady Miejskiej Krakowa osiem hektarów ziemi na Błoniach. Za własne środki wybudował tam pięć dużych i dwanaście mniejszych boisk – śmiało można stwierdzić, że była to pierwsza futbolowa baza w Polsce. W 1902 roku w Warszawie, w Ogrodzie Saskim, powstają Ogrody Raua, na których piłka nożna staje się dyscypliną bardzo popularną. Tak bardzo, że pięć lat później grano już na Agrykoli, na której odbył się pierwszy oficjalny mecz Warszawa – Kraków. Goście reprezentowani de facto wyłącznie przez piłkarzy Wisły wygrali pewnie 7:0. W Krakowie trenowano więc w Ogrodach Jordanowskich, w Warszawie – Ogrodach Raua, natomiast we Lwowie Sokół miał swoją „bazę” na błoniach za Cmentarzem Stryjskim. To w XIX wieku były najprężniej rozwijające się futbolowo miejsca w Polsce.

15 lipca 1894 roku we Lwowie dochodzi do pierwszego źródłowo udokumentowane-go meczu na ziemiach polskich. We wschodniej Galicji miejscowy Sokół podejmuje Sokoła z Krakowa. Gospodarze grają w szarych spodenkach, przyjezdni w czarnych, obie drużyny mają zaś białe koszulki. Mecz odbywa się w ramach III Zlotu Sokolego i trwa … siedem minut. Właśnie w tym czasie lwowiak Włodzimierz Chomicki trafia do krakowskiej bramki, po czym prowadzący zawody Zygmunt Wyrobek odgwizduje ich zakończenie. Wszystko przez … napięty terminarz zlotu, na którym główną uwagę przykuwa o wiele popularniejsza gimnastyka. Do rewanżu za to spotkanie dochodzi dopiero dwanaście lat później, tym razem mecz odbywa się w Krakowie, ale górą znów są futboliści ze Lwowa.

Tymczasem piłka nożna staje się sportem coraz popularniejszym. W 1900 roku lwowska „Gazeta Sportowa” publikuje reguły gry angielskiej „The Football Association”, a w trzy lata później powstaje w tymże mieście, w I Szkole Realnej, Klub Piłki Nożnej Sława, który wkrótce przyjmie nazwę Czarni. Zaraz po tym w klubie sportowo-gimnastycznym przy IV Gimnazjum powstaje Pogoń, a w 1907 roku uczniowie III i VI Gimnazjum zakładają Lechię. Także piłkarze trenujący na krakowskich Błoniach idą krok naprzód – wkrótce ukierunkowują swoje działania na założenie dwóch od-dzielnych klubów – tak rodzą się Cracovia i Wisła. Kontakty ba linii Lwów – Kraków są coraz częstsze, a oba regiony są futbolowymi przodownikami w Galicji. Ale i w pozostałych zaborach dzieje się wiele. W 1908 roku w Łodzi powstaje Łodzianka, która w przyszłości stanie się ŁKS-em, w Poznaniu zostaje powołana do życia Posnania (pierwotnie jako Normania), a w Ostrowie Wielkopolskim Veneta. Potem wszystko działa już na zasadzie kuli śnieżnej, a kolejne kluby wyrastają jak grzyby po deszczu – w Wilnie Śmigły, we Lwowie Hasmonea, w Drohobyczu Junak, w Grodnie Cresovia, w Stanisławowie Rewera. Palmę pierwszeństwa, na rzecz Krakowa, zaczyna tracić Lwów. Była stolica Polski leżała znacznie bliżej międzynarodowych metropolii, dlatego to ona wysunęła się na czoło w wyścigu o to, kto w polskim futbolu lepszy, szybszy, pierwszy. Właśnie w Krakowie w 1908 roku ma miejsce pierwsze oficjalne międzynarodowe spotkanie z udziałem polskiej drużyny: Cracovia przegrywa 2:5 z niemieckim Troppauer Sportverein z czeskiej Opawy, wkrótce potem pod Wawelem pojawia się m.in. reprezentacja Wiednia, która również nie daje „Pasom” większych szansa na korzystny wynik. Osiągane rezultaty nie satysfakcjonują miejscowych, najważniejsze jednak, że polskie kluby nawiązują międzynarodowe kontakty i stale podnoszą własne umiejętności. Znamienitym tego przykładem jest fakt, że w grudniu 1911 roku Cracovia jako pierwsza polska drużyna uznana zostaje przez austriacki związek za drużynę „I klasy”. W tym roku i w następnym do Krakowa przyjeżdżają z tourne kluby praskie, wiedeńskie i budapeszteńskie, a nawet zawodowcy ze szkockiego Aberdeen, którzy dwukrotnie gromią Wisłę 8:1 i 9:1. Nie próżnują też we Lwowie – już w początkach XX wieku organizują mini-turniej, a w 1911 roku powoła-ny zostaje w tym mieście (z inicjatywy Czarnych, Pogoni, Cracovii i krakowskiego Robotniczego Klubu Sportowego) Związek Polski Piłki Nożnej. Działał on formalnie w strukturach związku austriackiego, na dłuższą metę wiadomo jednak było, że nie ma on racji bytu. W 1912 roku o lidze jeszcze, rzecz jasna, nikt nie myślał, ale w Galicji przeprowadzono coś na wzór mistrzostw regionu. Były to mecze międzymiastowe pomiędzy Krakowem i Lwowem. Pierwsze z nich rozegrano w czerwca 1912 roku – krakowianie wygrali 3:1, a dwie bramki dla zwycięzców zdobyła jedna z legend Cracovii, Józef Kałuża (dziś przy ulicy jego imienia mieści się stadion „Pasów”). Już rok później znaliśmy pierwszego mistrza Galicji, została nim Cracovia. Tuż za nią uplasowały się Wisła, Pogoń i Czarni. W 1913 roku w Krakowie rozegrany zostaje też pierwszy mecz „międzykrajowy” – pełniąca honory gospodarzy Galicja przegrywa w nim z reprezentacją Śląska i Moraw aż 2:7.

Ze wszystkich trzech zaborów piłka nożna najwolniej rozwija się pod jarzmem rosyjskim. Kongresówka, w porównaniu z Galicją, jest daleko w tyle, choć i tam maleńkimi krokami powstają zręby klubów, a nawet struktur związkowych. W 1912 roku dwóch polskich piłkarzy, Józef Rymsza i Zygmunt Borejsza, bierze nawet udział w Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie. Ponieważ mieszkali w Sankt Petersburgu zostali powołani do kadry … Rosji, która na Igrzyskach przegrała 1:2 z Finlandią i aż 0:16 z Niemcami. Paradoksalnie, szybszy rozwój futbolu stolica i okolice przeżyły podczas … pierwszej wojny światowej. Warszawa okupowana była wówczas przez Niemców, a ci – chcąc uzyskać przychylność tubylców – pozwolili nawet na to, aby jeden z klubów nazywał się Polonia. Tak w 1915 roku narodziły się „Czarne Koszule”. Rok później w lasach na Wołyniu powstała Legia. Dlaczego tam, tak daleko od stolicy? 1916 rok był na Wołyniu okresem względnie stabilnego spokoju, frontowi żołnierze w ramach zabicia nudy powołali więc do życia stowarzyszenie, którego zadaniem było zgrupowanie legionistów pragnących grać w futbol. Tak powstał Wojskowy Klub Sportowy. Podczas ofensywy lipcowej Legiony walczące u boku Austro-Węgrów zmuszono do cofnięcia się na zachód, tak Legia trafiła do Warszawy i pozostała już w stolicy na zawsze.

1918 rok przyniósł Polsce upragnioną niepodległość. To, o co przez blisko półtora wieku walczyło kilka pokoleń naszych rodaków w końcu stało się faktem. Nowe państwo musiało poradzić sobie z dziesiątkami problemów i wyzwań, niewielu zaprzątało sobie głowę drobnostkami takimi jak sport. Zrządzeniem losu w jednym miejscu i czasie zebrało się jednak kilku pasjonatów, którzy zrozumieli, że szeroko rozumiane krzewienie kultury fizycznej na najwyższym poziomie może być spoiwem konsolidującym tak bardzo rozbite i zróżnicowane pod wieloma względami społeczeństwo. W 1919 roku powstają pierwsze polskie związki sportowe. Prekursorem jest Polski Związek Lekkoatletyczny powołany do życia 11 października w Warszawie, a także Polski Komitet Olimpijski, którego pierwszym prezesem zostaje książę Stefan Lubo-mirski. W dniach 20-21 grudnia, również w stolicy, powstaje Polski Związek Piłki Nożnej. Na pierwszym historycznym zjeździe główne role odgrywają działacze z Lwowa i Krakowa: Ludwik Christelbauer, Tadeusz Kuchar, Stanisław Polakiewicz, Jan Weyssenhoff i Edward Cetnarowski. Założycielski zjazd z marszu uchwalił kilka fundamentalnych spraw: przyjął statut, wybrał swoją siedzibę (pierwotnie przez trzy lata miał nią być Kraków, ostatecznie PZPN stacjonował pod Wawelem aż do roku 1938), ustanowił granice dla pięciu związków okręgowych, wybrał swoje władze oraz podjął decyzję i poczynieniu wszelkich starań celem przyjęcia w poczet FIFA. Pierwszy statut został opracowany przez Stanisława Polakiewicza (przy niewielkiej pomocy Józefa Lustgartena i Jana Weyssenhoffa, którzy nanieśli nań małe poprawki), historycznym prezesem wybrano prezesa Cracovii, Edwarda Cetnarowskiego, pilnego ucznia Henryka Jordana. Jedną z decyzji pierwszego zjazdu PZPN była uchwała o możliwie jak najszybszym przeprowadzeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski. Nie była to jednak liga rozumiana w obecnym tego słowa znaczeniu. Najpierw rywalizowano bowiem o prymat w każdym okręgu, dopiero mistrzowie tychże mieli rozstrzygnąć między sobą, kto zasługuje na tytuł. Liga wystartowała w roku 1920, z powodu wojny z bolszewikami nie została jednak ukończona.

Na wschodzie napierała czerwona nawałnica, tymczasem na Śląsku miejscowa ludność manifestowała swoją polskość, a jednym z jej przejawów była … działalność sportowa. 7 stycznia 1920 roku na apel Komitetu Plebiscytowego powstaje w Bytomiu KS Polonia, pierwszy polski klub na Górnym Śląsku. Wprawdzie zostaje zlikwidowany dwa lata później po przyłączeniu Bytomia do Niemiec, a ze współczesną Polonią, powstałą w 1945 roku nie ma nic wspólnego, był jednak prekursorem, który pokazał drogę innym. Wkrótce na Śląsku powstają kolejne kluby, które stanowią bardzo ważny element w walce o polską sprawę. W Hajdukach Wielkich założony jest Ruch (protoplasta dzisiejszego Ruchu Chorzów), w Katowicach Pogoń, w Lipinach Naprzód, wreszcie znów w Bytomiu – Poniatowski. Akcja plebiscytowa sprawiła, że Śląsk wizytowały i rozgrywały tam pokazowe mecze Polonia Warszawa, Cracovia i Pogoń Lwów, wszystko to sprawiało, że zręby nowego państwa zazębiały się jeszcze bardziej. W marcu 1920 PZPN ustalił, że w Polsce istnieje 218 klubów zrzeszających 4855 piłkarzy (w 1929 roku było to odpowiednio: prawie 600 klubów i 16 tysięcy piłkarzy). W piłkarskiej centrali trwa mobilizacja, aby wysłać drużynę na olimpijski turniej do Antwerpii. W kwietniu w Krakowie odbywa się nawet zgrupowanie kadry uczestników typowanych na wyjazd do Belgii, a drużyną opiekuje się specjalnie sprowadzony w tym celu trener, Amerykanin Chris Burford. Ostatecznie kadra do Antwerpii się nie udała. Wobec wojny polsko-bolszewickiej wielu powołanych piłkarzy oddelegowanych zostało za to na front, aby ratować dopiero co odzyskaną niepodległość.

Cud nad Wisłą sprawił, że młoda państwowość została ocalona, a życie w Polsce powoli zaczynało wracać na właściwe tory. Podobnie było z futbolem. Wczesną wio-sną 1921 roku rozpoczyna się nowy sezon, którego stawką będzie mistrzostwo. W maju na Górnym Śląsku wybucha powstanie, choć formalnie rejon ten wciąż nie na-leży do struktur PZPN, w innych okręgach mistrzostwa odbywają się z lepszym, bądź gorszym skutkiem, w każdym wyłoniony zostaje jednak zwycięzca. Ci spotykają się z kolei w rozgrywkach, które mają wyłonić pierwszego mistrza Polski. Zostaje nim Cracovia, „Pasy” wyprzedzają Polonię Warszawa, Wartę Poznań, Pogoń Lwów i ŁKS, a tytuł pieczętują wygrywając 5:2 z Pogonią na jej stadionie. Pierwszego gola w historii strzela Stanisław Mielech z Cracovii.

Sytuacja w polskim futbolu zaczyna się normalizować, także na innych płaszczyznach powoli doganiamy zachód. Wyznacznikiem nowego jest m.in. powstanie „Przeglądu Sportowego”. Pierwszy numer ukazuje się 21 maja 1921 roku, a jego na-czelnym jest Ignacy Rosenstock. Także polskie kluby coraz częściej mierzą się z konkurencją z zagranicy, przykładem czego choćby wizyta Cracovii w Budapeszcie i minimalna porażka 0:1 z FTC oraz bezbramkowy remis z MTK. Krajobraz społeczny sprzyja rozwojowi futbolu, dlatego PZPN coraz intensywniej rozgląda się za rywalem na historyczną, pierwszą potyczkę międzynarodową. A zadanie ma trudne, bo Polska wciąż nie jest członkiem FIFA (stanie się nim, wespół m.in. z Brazylią, Urugwajem i Egiptem, dopiero w roku 1923), a otaczają ją sąsiedzi, z którymi stosunki są co najmniej napięte i konfrontacja na polu sportowym wydaje się niemożliwa. Piłkarska centrala zerka więc na dalsze rejony Europy, proponuje rozegranie towarzyskiego meczu Francji i Szwecji, obie federacje ignorują jednak polskie zaproszenie. Kolejnym krokiem jest nakłonienie do gry kontrolnej Austrii. Wydaje się, że kierunek jest dobry, w końcu działacze ze Lwowa i Krakowa mają w Wiedniu bardzo dobre kontakty. Austriacy wyrażają zgodę, ustalają nawet datę – 3 lipca 1921 roku w Krakowie – szybko jednak wycofują się ze wszystkich deklaracji i rezygnują z przyjazdu do Pol-ski. Nieoczekiwanie, pomocną dłoń do debiutantów wyciągają wówczas Węgrzy, którzy sami proponują rozegranie międzypaństwowego meczu. Madziarzy chcą byśmy grali z nimi w Boże Narodzenie 1912 roku. Propozycja z gatunku tych, jakim się nie odmawia, PZPN chętnie godzi się więc na przyjazd do Budapesztu, szybko w łonie samego związku pojawia się jednak wątpliwości: że rywal na debiut zbyt mocny, że termin nieodpowiedni, bo w Polsce na poziomie ligowym kończy się grać w listopadzie. Centrala próbuje przełożyć spotkanie na listopad właśnie, a nawet na wiosnę 1922 roku, ostatecznie ustala wspólnie z Węgrami termin – 18 grudnia 1921 roku.

Selekcją zawodników na to spotkanie zajmuje się kapitan Józef Szkolnikowski. Za-danie ma trudne, bo akurat w tym samym czasie … pochłaniają go obowiązku w wojsku, wkrótce ma zostać majorem. Odpowiedzialnością za wyselekcjonowanie przyszłych reprezentantów obarcza więc Imre Pozsony’iego, ówczesnego trenera Cracovii. To właśnie Węgier wybrał grupę dwudziestu dwóch piłkarzy, z której zrodzić się miała kadra Polski. Zawodnicy ci rozegrali między sobą dwa wewnętrzne sparingi, a w grudniu – przed wyjazdem do Budapesztu – zmierzyli się z Bielskiem, Lwowem i Krakowem. Wygrywali odpowiednio 3:1, 9:1 i 7:1, mimo tego, na Węgry udali się z przekonaniem, że Madziarzy spuszczą im porządne lanie. Jak dobrze wiemy, biało-czerwoni ulegli doświadczonym rywalom tylko 0:1. Wstydu więc nie było, ale powód do dumy, że Polska na dobre zaistniała na piłkarskiej mapie Europy.


Skład kadry na mecz z Węgrami ustalony przez Zarząd PZPN na posiedzeniu w dniu 28 listopada 1921 roku w Krakowie:
bramkarz: Jan Loth II (Polonia Warszawa); obrońcy: Ludwik Gintel (Cracovia), Artur Marczewski (Polonia Warszawa); pomocnicy: Zdzisław Styczeń (Cracovia), Stanisław Cikowski (Cracovia), Tadeusz Synowiec (Cracovia); napastnicy: Stanisław Mielech (Cracovia), Wacław Kuchar (Pogoń Lwów), Józef Kałuża (Cracovia), Marian Einba-cher (Warta Poznań), Leon Sperling (Cracovia); rezerwowi: Stefan Loth I (Polonia Warszawa), Mieczysław Batsch (Pogoń Lwów).

Gdzie te dynastie?


Z czym kojarzy wam się dynastia? Z Blakiem Carringtonem, jego zamuloną żoną Krystle, mściwą eks-małżonką Alexis i zastępem ich synów/córek/stryjów/bratanków? Czy z Piastami, Wazami i innymi monarchami miłościwie panującymi nam w wiekach dawnych? A może z NBA i drużynami, które seryjnie zdobywają mistrzostwo? Cóż, skojarzeń może być kilka, żadne z nich nie wiąże się jednak bezpośrednio z piłką nożną. Dynastia i futbol? To jakoś nie idzie w parze. A szkoda.

Na potrzeby tego artykułu, w ramach wyjątku, sięgnijmy jednak do terminologii rodem zza Oceanu i przyjmijmy, że dynastiami nazwiemy drużyny, które seryjnie zdobywały najcenniejsze piłkarskie trofeum, Puchar Europy. W końcówce lat pięćdziesiątych mieliśmy więc hegemonię Realu, który Puchar Mistrzów Krajowych zdobywał pięć razy z rzędu (1956-60), w następnej dekadzie przyszła dominacja Mediolanu (Inter i Milan, 1963-65), po niej era Ajaksu (1971-73) i Bayernu (1974-76). Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych najlepszymi rozgrywkami na kontynencie trzęśli Anglicy (lata 1977-82 – w sumie trzy wiktorie Liverpoolu, dwie Nottingham Forest i jedna Aston Villi). Potem przyszło załamanie wielkich serii, jako ostatni Puchar Europy obronili w 1990 roku piłkarze Milanu. Po nich nikomu już nie udała się ta sztuka, choć próbowali najwięksi, z Barceloną, Realem i Manchesterem United na czele.

Czemu dziś żadna drużyna nie jest w stanie regularnie wygrywać Ligi Mistrzów, nie potrafi na dobre skasować konkurencji, nie dominuje niepodzielenie spoglądając na rywali z futbolowego Olimpu? Na przestrzeni dwóch ostatnich dekad piłka nożna rozwinęła się nieprawdopodobnym tempie – gra się szybciej, bardziej siłowo, z większym wyeksploatowaniem organizmu. Kiedy Real przeszło pół wieku temu dominował w Europie musiał dzielić grę na dwóch frontach: w lidze i pucharze. Do tego dochodziło mu raptem kilka spotkań w Pucharze Mistrzów. Dziś doliczyć trzeba do tego rozgrywki rozmaitych Pucharów Ligi, mecze reprezentacji, letnie pokazówki rozgrywane w Azji, Afryce czy obu Amerykach no i rozrośnięte do monstrualnych rozmiarów europejskie puchary. Zawodowy piłkarz w zachodniej lidze gra praktycznie non stop, trudno spodziewać się, żeby przez lata pracował ciągle na najwyższych obrotach, kiedyś musi przyjść załamanie. Dlatego tak trudno utrzymać się na szczycie… Babcie oszukasz, wujka oszukasz, ale własnego organizmu już nie.

Poza tym konkurencja już nie śpi. Bayern trzykrotnie zostając najlepszą drużyną na Starym Kontynencie naprawdę … był najlepszy. Nie miał rywala, który byłby w stanie podjąć rzuconą przez Bawarczyków rękawicę. Teraz sytuacja jest inna. Drużyn z absolutnego topu jest przynajmniej z dziesięć i każda z nich ostrzy sobie zębiska, żeby zasiąść na europejskim tronie. Stawka jest szalenie wyrównana i nie można wskazać jednego zespołu, który wyraźnie odjechał reszcie do przodu. Peleton z najlepszymi trzyma się w zwartej grupie, najsilniejsi harcują na podjazdach, a na finiszu szachują się morderczą walką na noże. Dziś o potencjalnego hegemona trudno, bo rywali do pokonania ma on tak wielu, że w końcu musi potknąć się na którejś z rzędu przeszkodzie. Ten trend utrzyma się na lata, a może i pogłębi jeszcze bardziej. W nowożytnej Lidze Mistrzów tylko czterem drużynom udało się w rok po wywalczeniu pucharu znów zagrać w finale: Milan 1995, Ajax 1996, Juventus 1997 i Manchester 2009. Żadna nie obroniła jednak trofeum. I w najbliższych latach raczej jeszcze długo nie obroni. Romantyczny futbol, w którym dominacja jednej drużyny wyznaczana była w latach, a nie miesiącach czy tygodniach już nie wróci. Dynastie? Zapomnijcie o nich …

Piękni i młodzi: Man United


Stare dobre Manchesterskie czasy. Alex Ferguson jeszcze piękny i młody, Giggsowi i Scholesowi dopiero zaczął wysypywać się wąs, a Nevillowi nawet grzywka nie układała się jak trzeba. Tylko Becks ten sam - kilogram żelu na głowie i huzia. Od małego wiedział chłopak jaki ma styl.


 
Copyright © 2013. Shankly mówi - All Rights Reserved
Template Created by ThemeXpose | Published By Gooyaabi Templates