Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

Przed pierwszą grą


Większość kibiców, którzy interesują się historią reprezentacji Polski w piłce nożnej wie, że kadra swój pierwszy oficjalny mecz rozegrała 18 grudnia 1921 roku. Wie, że rywalem biało-czerwonych byli Węgrzy, a „Orły” przegrały 0:1. Niewielu jednak potrafi powiedzieć, co było wcześniej: skąd wyselekcjonowani zostali piłkarze na pierwszy międzypaństwowy mecz? W jaki sposób futbol znalazł się na polskich ziemiach i kto był pionierem w jego zaszczepianiu w państwie … które formalnie nie istniało na politycznych mapach świata? Przecież Polska nie znajdowała się w próżni i nagle nie objawiło się jedenastu herosów zdolnych rzucić wyzwanie Węgrom. Futbol na na-szych ziemiach rozwijał się już wcześniej, przybierał nawet znamiona profesjonalizmu, choć prawdę powiedziawszy o prekursorach wciąż wiemy bardzo mało.

Kiedy okrągły przedmiot zwany piłką został po raz pierwszy kopnięty na naszych ziemiach nie wiemy i z pewnością nie dowiemy się nigdy. Trudno też pisać o „na-szych” ziemiach, bo Polska jako państwo wówczas nie istniała. Rzeczpospolita została rozebrana między trzech zaborców, a wolność – po stu dwudziestu trzech latach niewoli – odzyskała dopiero w 1918 roku. Istniało w niej już wówczas kilkadziesiąt klubów, futbolem parało się kilkuset zawodników, więc w nowym państwie pod-stawy piłki funkcjonowały. Od kiedy, dokładnie wskazać nie sposób, opierać możemy się jedynie na wiarygodnych źródłach, a te wskazują na rok 1867. I Lwów. Całkiem prawdopodobne, że w galicyjskiej metropolii wszystko się zaczęło.

To właśnie tam w roku 1867 powstaje Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, a jego podopieczni zaczynają trenować egzotyczną dyscyplinę, jaką jest futbol. Jednym z członków klubu jest inżynier Niedzielski, który podczas swojego pobytu w Odessie widział, jak w piłkę grają angielscy marynarze. Zaszczepia on w swoich współtowarzyszach klubowych pasję do tego sportu, próbuje także skodyfikować reguły gry, co wcale nie jest rzeczą prostą. W Sokole wiodącą dyscypliną jest rzecz jasna gimnastyka, futbolem zaczynają interesować się jednak coraz większe rzesze lwowskiej młodzieży. Z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć można, że spośród wszystkich zaborów kultura fizyczna stała na najwyższym poziomie w Galicji, skąd czerpała wzorce austriackie i węgierskie. Nie dziwi więc, że kolejnym punktem na piłkarskiej mapie Polski został Kraków. To tam 12 marca 1889 roku otwarty zostaje Park Jordana, gdzie trenuje i rozgrywa swoje „mecze” krakowski Sokół. Rok wcześniej Jordan – ceniony lekarz i profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – otrzymał do Rady Miejskiej Krakowa osiem hektarów ziemi na Błoniach. Za własne środki wybudował tam pięć dużych i dwanaście mniejszych boisk – śmiało można stwierdzić, że była to pierwsza futbolowa baza w Polsce. W 1902 roku w Warszawie, w Ogrodzie Saskim, powstają Ogrody Raua, na których piłka nożna staje się dyscypliną bardzo popularną. Tak bardzo, że pięć lat później grano już na Agrykoli, na której odbył się pierwszy oficjalny mecz Warszawa – Kraków. Goście reprezentowani de facto wyłącznie przez piłkarzy Wisły wygrali pewnie 7:0. W Krakowie trenowano więc w Ogrodach Jordanowskich, w Warszawie – Ogrodach Raua, natomiast we Lwowie Sokół miał swoją „bazę” na błoniach za Cmentarzem Stryjskim. To w XIX wieku były najprężniej rozwijające się futbolowo miejsca w Polsce.

15 lipca 1894 roku we Lwowie dochodzi do pierwszego źródłowo udokumentowane-go meczu na ziemiach polskich. We wschodniej Galicji miejscowy Sokół podejmuje Sokoła z Krakowa. Gospodarze grają w szarych spodenkach, przyjezdni w czarnych, obie drużyny mają zaś białe koszulki. Mecz odbywa się w ramach III Zlotu Sokolego i trwa … siedem minut. Właśnie w tym czasie lwowiak Włodzimierz Chomicki trafia do krakowskiej bramki, po czym prowadzący zawody Zygmunt Wyrobek odgwizduje ich zakończenie. Wszystko przez … napięty terminarz zlotu, na którym główną uwagę przykuwa o wiele popularniejsza gimnastyka. Do rewanżu za to spotkanie dochodzi dopiero dwanaście lat później, tym razem mecz odbywa się w Krakowie, ale górą znów są futboliści ze Lwowa.

Tymczasem piłka nożna staje się sportem coraz popularniejszym. W 1900 roku lwowska „Gazeta Sportowa” publikuje reguły gry angielskiej „The Football Association”, a w trzy lata później powstaje w tymże mieście, w I Szkole Realnej, Klub Piłki Nożnej Sława, który wkrótce przyjmie nazwę Czarni. Zaraz po tym w klubie sportowo-gimnastycznym przy IV Gimnazjum powstaje Pogoń, a w 1907 roku uczniowie III i VI Gimnazjum zakładają Lechię. Także piłkarze trenujący na krakowskich Błoniach idą krok naprzód – wkrótce ukierunkowują swoje działania na założenie dwóch od-dzielnych klubów – tak rodzą się Cracovia i Wisła. Kontakty ba linii Lwów – Kraków są coraz częstsze, a oba regiony są futbolowymi przodownikami w Galicji. Ale i w pozostałych zaborach dzieje się wiele. W 1908 roku w Łodzi powstaje Łodzianka, która w przyszłości stanie się ŁKS-em, w Poznaniu zostaje powołana do życia Posnania (pierwotnie jako Normania), a w Ostrowie Wielkopolskim Veneta. Potem wszystko działa już na zasadzie kuli śnieżnej, a kolejne kluby wyrastają jak grzyby po deszczu – w Wilnie Śmigły, we Lwowie Hasmonea, w Drohobyczu Junak, w Grodnie Cresovia, w Stanisławowie Rewera. Palmę pierwszeństwa, na rzecz Krakowa, zaczyna tracić Lwów. Była stolica Polski leżała znacznie bliżej międzynarodowych metropolii, dlatego to ona wysunęła się na czoło w wyścigu o to, kto w polskim futbolu lepszy, szybszy, pierwszy. Właśnie w Krakowie w 1908 roku ma miejsce pierwsze oficjalne międzynarodowe spotkanie z udziałem polskiej drużyny: Cracovia przegrywa 2:5 z niemieckim Troppauer Sportverein z czeskiej Opawy, wkrótce potem pod Wawelem pojawia się m.in. reprezentacja Wiednia, która również nie daje „Pasom” większych szansa na korzystny wynik. Osiągane rezultaty nie satysfakcjonują miejscowych, najważniejsze jednak, że polskie kluby nawiązują międzynarodowe kontakty i stale podnoszą własne umiejętności. Znamienitym tego przykładem jest fakt, że w grudniu 1911 roku Cracovia jako pierwsza polska drużyna uznana zostaje przez austriacki związek za drużynę „I klasy”. W tym roku i w następnym do Krakowa przyjeżdżają z tourne kluby praskie, wiedeńskie i budapeszteńskie, a nawet zawodowcy ze szkockiego Aberdeen, którzy dwukrotnie gromią Wisłę 8:1 i 9:1. Nie próżnują też we Lwowie – już w początkach XX wieku organizują mini-turniej, a w 1911 roku powoła-ny zostaje w tym mieście (z inicjatywy Czarnych, Pogoni, Cracovii i krakowskiego Robotniczego Klubu Sportowego) Związek Polski Piłki Nożnej. Działał on formalnie w strukturach związku austriackiego, na dłuższą metę wiadomo jednak było, że nie ma on racji bytu. W 1912 roku o lidze jeszcze, rzecz jasna, nikt nie myślał, ale w Galicji przeprowadzono coś na wzór mistrzostw regionu. Były to mecze międzymiastowe pomiędzy Krakowem i Lwowem. Pierwsze z nich rozegrano w czerwca 1912 roku – krakowianie wygrali 3:1, a dwie bramki dla zwycięzców zdobyła jedna z legend Cracovii, Józef Kałuża (dziś przy ulicy jego imienia mieści się stadion „Pasów”). Już rok później znaliśmy pierwszego mistrza Galicji, została nim Cracovia. Tuż za nią uplasowały się Wisła, Pogoń i Czarni. W 1913 roku w Krakowie rozegrany zostaje też pierwszy mecz „międzykrajowy” – pełniąca honory gospodarzy Galicja przegrywa w nim z reprezentacją Śląska i Moraw aż 2:7.

Ze wszystkich trzech zaborów piłka nożna najwolniej rozwija się pod jarzmem rosyjskim. Kongresówka, w porównaniu z Galicją, jest daleko w tyle, choć i tam maleńkimi krokami powstają zręby klubów, a nawet struktur związkowych. W 1912 roku dwóch polskich piłkarzy, Józef Rymsza i Zygmunt Borejsza, bierze nawet udział w Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie. Ponieważ mieszkali w Sankt Petersburgu zostali powołani do kadry … Rosji, która na Igrzyskach przegrała 1:2 z Finlandią i aż 0:16 z Niemcami. Paradoksalnie, szybszy rozwój futbolu stolica i okolice przeżyły podczas … pierwszej wojny światowej. Warszawa okupowana była wówczas przez Niemców, a ci – chcąc uzyskać przychylność tubylców – pozwolili nawet na to, aby jeden z klubów nazywał się Polonia. Tak w 1915 roku narodziły się „Czarne Koszule”. Rok później w lasach na Wołyniu powstała Legia. Dlaczego tam, tak daleko od stolicy? 1916 rok był na Wołyniu okresem względnie stabilnego spokoju, frontowi żołnierze w ramach zabicia nudy powołali więc do życia stowarzyszenie, którego zadaniem było zgrupowanie legionistów pragnących grać w futbol. Tak powstał Wojskowy Klub Sportowy. Podczas ofensywy lipcowej Legiony walczące u boku Austro-Węgrów zmuszono do cofnięcia się na zachód, tak Legia trafiła do Warszawy i pozostała już w stolicy na zawsze.

1918 rok przyniósł Polsce upragnioną niepodległość. To, o co przez blisko półtora wieku walczyło kilka pokoleń naszych rodaków w końcu stało się faktem. Nowe państwo musiało poradzić sobie z dziesiątkami problemów i wyzwań, niewielu zaprzątało sobie głowę drobnostkami takimi jak sport. Zrządzeniem losu w jednym miejscu i czasie zebrało się jednak kilku pasjonatów, którzy zrozumieli, że szeroko rozumiane krzewienie kultury fizycznej na najwyższym poziomie może być spoiwem konsolidującym tak bardzo rozbite i zróżnicowane pod wieloma względami społeczeństwo. W 1919 roku powstają pierwsze polskie związki sportowe. Prekursorem jest Polski Związek Lekkoatletyczny powołany do życia 11 października w Warszawie, a także Polski Komitet Olimpijski, którego pierwszym prezesem zostaje książę Stefan Lubo-mirski. W dniach 20-21 grudnia, również w stolicy, powstaje Polski Związek Piłki Nożnej. Na pierwszym historycznym zjeździe główne role odgrywają działacze z Lwowa i Krakowa: Ludwik Christelbauer, Tadeusz Kuchar, Stanisław Polakiewicz, Jan Weyssenhoff i Edward Cetnarowski. Założycielski zjazd z marszu uchwalił kilka fundamentalnych spraw: przyjął statut, wybrał swoją siedzibę (pierwotnie przez trzy lata miał nią być Kraków, ostatecznie PZPN stacjonował pod Wawelem aż do roku 1938), ustanowił granice dla pięciu związków okręgowych, wybrał swoje władze oraz podjął decyzję i poczynieniu wszelkich starań celem przyjęcia w poczet FIFA. Pierwszy statut został opracowany przez Stanisława Polakiewicza (przy niewielkiej pomocy Józefa Lustgartena i Jana Weyssenhoffa, którzy nanieśli nań małe poprawki), historycznym prezesem wybrano prezesa Cracovii, Edwarda Cetnarowskiego, pilnego ucznia Henryka Jordana. Jedną z decyzji pierwszego zjazdu PZPN była uchwała o możliwie jak najszybszym przeprowadzeniu rozgrywek o mistrzostwo Polski. Nie była to jednak liga rozumiana w obecnym tego słowa znaczeniu. Najpierw rywalizowano bowiem o prymat w każdym okręgu, dopiero mistrzowie tychże mieli rozstrzygnąć między sobą, kto zasługuje na tytuł. Liga wystartowała w roku 1920, z powodu wojny z bolszewikami nie została jednak ukończona.

Na wschodzie napierała czerwona nawałnica, tymczasem na Śląsku miejscowa ludność manifestowała swoją polskość, a jednym z jej przejawów była … działalność sportowa. 7 stycznia 1920 roku na apel Komitetu Plebiscytowego powstaje w Bytomiu KS Polonia, pierwszy polski klub na Górnym Śląsku. Wprawdzie zostaje zlikwidowany dwa lata później po przyłączeniu Bytomia do Niemiec, a ze współczesną Polonią, powstałą w 1945 roku nie ma nic wspólnego, był jednak prekursorem, który pokazał drogę innym. Wkrótce na Śląsku powstają kolejne kluby, które stanowią bardzo ważny element w walce o polską sprawę. W Hajdukach Wielkich założony jest Ruch (protoplasta dzisiejszego Ruchu Chorzów), w Katowicach Pogoń, w Lipinach Naprzód, wreszcie znów w Bytomiu – Poniatowski. Akcja plebiscytowa sprawiła, że Śląsk wizytowały i rozgrywały tam pokazowe mecze Polonia Warszawa, Cracovia i Pogoń Lwów, wszystko to sprawiało, że zręby nowego państwa zazębiały się jeszcze bardziej. W marcu 1920 PZPN ustalił, że w Polsce istnieje 218 klubów zrzeszających 4855 piłkarzy (w 1929 roku było to odpowiednio: prawie 600 klubów i 16 tysięcy piłkarzy). W piłkarskiej centrali trwa mobilizacja, aby wysłać drużynę na olimpijski turniej do Antwerpii. W kwietniu w Krakowie odbywa się nawet zgrupowanie kadry uczestników typowanych na wyjazd do Belgii, a drużyną opiekuje się specjalnie sprowadzony w tym celu trener, Amerykanin Chris Burford. Ostatecznie kadra do Antwerpii się nie udała. Wobec wojny polsko-bolszewickiej wielu powołanych piłkarzy oddelegowanych zostało za to na front, aby ratować dopiero co odzyskaną niepodległość.

Cud nad Wisłą sprawił, że młoda państwowość została ocalona, a życie w Polsce powoli zaczynało wracać na właściwe tory. Podobnie było z futbolem. Wczesną wio-sną 1921 roku rozpoczyna się nowy sezon, którego stawką będzie mistrzostwo. W maju na Górnym Śląsku wybucha powstanie, choć formalnie rejon ten wciąż nie na-leży do struktur PZPN, w innych okręgach mistrzostwa odbywają się z lepszym, bądź gorszym skutkiem, w każdym wyłoniony zostaje jednak zwycięzca. Ci spotykają się z kolei w rozgrywkach, które mają wyłonić pierwszego mistrza Polski. Zostaje nim Cracovia, „Pasy” wyprzedzają Polonię Warszawa, Wartę Poznań, Pogoń Lwów i ŁKS, a tytuł pieczętują wygrywając 5:2 z Pogonią na jej stadionie. Pierwszego gola w historii strzela Stanisław Mielech z Cracovii.

Sytuacja w polskim futbolu zaczyna się normalizować, także na innych płaszczyznach powoli doganiamy zachód. Wyznacznikiem nowego jest m.in. powstanie „Przeglądu Sportowego”. Pierwszy numer ukazuje się 21 maja 1921 roku, a jego na-czelnym jest Ignacy Rosenstock. Także polskie kluby coraz częściej mierzą się z konkurencją z zagranicy, przykładem czego choćby wizyta Cracovii w Budapeszcie i minimalna porażka 0:1 z FTC oraz bezbramkowy remis z MTK. Krajobraz społeczny sprzyja rozwojowi futbolu, dlatego PZPN coraz intensywniej rozgląda się za rywalem na historyczną, pierwszą potyczkę międzynarodową. A zadanie ma trudne, bo Polska wciąż nie jest członkiem FIFA (stanie się nim, wespół m.in. z Brazylią, Urugwajem i Egiptem, dopiero w roku 1923), a otaczają ją sąsiedzi, z którymi stosunki są co najmniej napięte i konfrontacja na polu sportowym wydaje się niemożliwa. Piłkarska centrala zerka więc na dalsze rejony Europy, proponuje rozegranie towarzyskiego meczu Francji i Szwecji, obie federacje ignorują jednak polskie zaproszenie. Kolejnym krokiem jest nakłonienie do gry kontrolnej Austrii. Wydaje się, że kierunek jest dobry, w końcu działacze ze Lwowa i Krakowa mają w Wiedniu bardzo dobre kontakty. Austriacy wyrażają zgodę, ustalają nawet datę – 3 lipca 1921 roku w Krakowie – szybko jednak wycofują się ze wszystkich deklaracji i rezygnują z przyjazdu do Pol-ski. Nieoczekiwanie, pomocną dłoń do debiutantów wyciągają wówczas Węgrzy, którzy sami proponują rozegranie międzypaństwowego meczu. Madziarzy chcą byśmy grali z nimi w Boże Narodzenie 1912 roku. Propozycja z gatunku tych, jakim się nie odmawia, PZPN chętnie godzi się więc na przyjazd do Budapesztu, szybko w łonie samego związku pojawia się jednak wątpliwości: że rywal na debiut zbyt mocny, że termin nieodpowiedni, bo w Polsce na poziomie ligowym kończy się grać w listopadzie. Centrala próbuje przełożyć spotkanie na listopad właśnie, a nawet na wiosnę 1922 roku, ostatecznie ustala wspólnie z Węgrami termin – 18 grudnia 1921 roku.

Selekcją zawodników na to spotkanie zajmuje się kapitan Józef Szkolnikowski. Za-danie ma trudne, bo akurat w tym samym czasie … pochłaniają go obowiązku w wojsku, wkrótce ma zostać majorem. Odpowiedzialnością za wyselekcjonowanie przyszłych reprezentantów obarcza więc Imre Pozsony’iego, ówczesnego trenera Cracovii. To właśnie Węgier wybrał grupę dwudziestu dwóch piłkarzy, z której zrodzić się miała kadra Polski. Zawodnicy ci rozegrali między sobą dwa wewnętrzne sparingi, a w grudniu – przed wyjazdem do Budapesztu – zmierzyli się z Bielskiem, Lwowem i Krakowem. Wygrywali odpowiednio 3:1, 9:1 i 7:1, mimo tego, na Węgry udali się z przekonaniem, że Madziarzy spuszczą im porządne lanie. Jak dobrze wiemy, biało-czerwoni ulegli doświadczonym rywalom tylko 0:1. Wstydu więc nie było, ale powód do dumy, że Polska na dobre zaistniała na piłkarskiej mapie Europy.


Skład kadry na mecz z Węgrami ustalony przez Zarząd PZPN na posiedzeniu w dniu 28 listopada 1921 roku w Krakowie:
bramkarz: Jan Loth II (Polonia Warszawa); obrońcy: Ludwik Gintel (Cracovia), Artur Marczewski (Polonia Warszawa); pomocnicy: Zdzisław Styczeń (Cracovia), Stanisław Cikowski (Cracovia), Tadeusz Synowiec (Cracovia); napastnicy: Stanisław Mielech (Cracovia), Wacław Kuchar (Pogoń Lwów), Józef Kałuża (Cracovia), Marian Einba-cher (Warta Poznań), Leon Sperling (Cracovia); rezerwowi: Stefan Loth I (Polonia Warszawa), Mieczysław Batsch (Pogoń Lwów).

Trzy, dwa, jeden … jedenaście


Przy okazji ostatniego przetargu na prawa do Ekstraklasy sporo zamieszania w mediach wywołała informacja, że na rynku ma pojawić się nowy gracz, który ostrzy sobie zęby na pokazywanie naszej ligowej piłki. Przetarg się skończył, zgodnie z oczekiwaniami wygrało go nc+, które prawami podzieliło się z Eurosportem (na swojej drugie antenie pokaże na żywo dwa mecze każdej kolejki – piątkowy i poniedziałkowy – plus kilka z odtworzenia). O nowym kanale zrobiło się cicho, sprawa przyschła i wydawało się, że skona z biegiem czasu. Tymczasem, bomba!, okazuje się, że temat jest gorący i choć Ekstraklasy już nie pozyska, uczepił się zębami na parę innych łakomych kąsków, którymi chce przyciągnąć potencjalnych telewidzów.

Stacja, a właściwie stacje, bo docelowo mają być dwie – będą nosić nazwy Eleven i Eleven Sport. Pierwsza będzie stricte piłkarska, na drugiej mają być transmitowane inne wydarzenia lub mecze rozgrywane równolegle z tymi, które będzie można śledzić na pierwszej antenie. Co w ofercie? No cóż, nastawiają się głownie na piłkę, bo już mają podobno klepnięte umowy na wyłączność na ligę włoską, francuską i szkocką, negocjowane są jeszcze prawa do Pucharu Anglii i Pucharu Ligi Angielskiej. Ponadto w ofercie niepiłarskiej znaleźć się mają: włoska liga siatkówki mężczyzn Lega Pallavolo, Liga Mężczyzn w piłce ręcznej mężczyzn, gale sportów walki, Formuła 1 (od sezonu 2016, do końca tego roku umowę na F1 ma Polsat), wyścigi w sportach motorowych (najpewniej te towarzyszące Formule 1) oraz NFL, czyli futbol amerykański zza Oceanu. Ciekawe szczególnie i śmiałe to ostatnie rozwiązanie, śmiem wątpić jednak czy polskiego widza uda się zarazić jajowatą gałą. Lepszym ruchem byłoby pozyskanie praw do NHL, która usunęła się z polskich odbiorników wraz z zamknięciem europejskiego oddziału ESPN America. Równie dobrze do NFL Eleven może dokupić sobie prawa np. MLB, czyli zawodowej ligi baseballa. I to, i to będzie kasą wyrzuconą w błoto.

Ogólnie oferta jest na tyle bogata, że w sezonie spokojnie da się zapchać nią dwie ramówki codziennie serwując przynajmniej jedną pozycję live. Tylko czy te programy zadowolą widza, który za ich oglądanie będzie musiał dodatkowo zapłacić? Ile meczów ligi francuskiej albo szkockiej przyciągnie uwagę przeciętnego piłkarskiego fana? We Francji kilka, w Szkoci żaden, bo po degradacji Rangersów nawet pies z kulawą nogą nie interesuje się tymi rozgrywkami. Zobaczcie ile meczów Ligue 1 i Serie A pokazywała w ostatnim sezonie platforma nc+, która dysponowała prawami do obu lig. Garstkę. Bo nikt tego nie chciał oglądać, bo Cyfra traktowała je jako upychacze, wstawiając w awaryjnych sytuacjach kiedy nie grała Ekstraklasa, La Liga albo Premier League. Te rozgrywki były dla ludzi z Sobieskiego priorytetem, dlatego po Francji i Włoszech nikt specjalnie płakał nie będzie. Nie zgadzam się też ze stwierdzeniami, że Eleven odbierze nc+ widzów. Nie odbierze, bo ma na tyle słaby produkt, że nie ma czym zachęcić do porzucenia konkurencji. Już solidniejsza wydaje się niepiłkarska oferta, szczególnie dla fanów sportów motorowych (głównie F1) i piłki ręcznej. Jeśli w przyszłym sezonie w Lidze Mistrzów VIVE Kielce znów będzie rozpychać się łokciami to ludzie zaczną oglądać Eleven, jeśli nie, wszystko pójdzie z dymem. Papierkiem lakmusowym będą zresztą już mecze Wisły Płock w fazie grupowej, Nafciarze wylosowali bowiem takich rywali, że same ich nazwy są magnesem, który przyciągnie fanów szczypiorniaka przed telewizory.

No właśnie, czy przed telewizory? Dystrybucja nowego kanału ponoć kuleje. Z tego co wiadomo, Eleven Sports Network ogłosił przetarg ofertowy na firmę, która zajmie się dystrybucją programów. Warunki jakie postawione zostały dystrybutorom są ponoć niepoważne, by nie powiedzieć śmieszne, wątpliwe jest zatem, aby przynajmniej jeden kanał znalazł się od razu na platformach cyfrowych i u kablarzy. Przypominam, że takich akcji nie dopina się w jeden dzień, jest drugi tydzień lipca, a kanały planują swój start w połowie sierpnia. Czasu pozostało więc niewiele. Poza tym jeśli nawet uda się dołączyć je do oferty programowej, najpewniej nie znajdą się one w najniższych pakietach, więc ci, którzy będą chcieli je oglądać, będą musieli liczyć się z przejściem na wyższy abonament. W czarnym dla Eleven scenariuszu z kablarzami nie uda się jednak dogadać na czas i nie będzie ich w żadnych, nawet platynowo-vipowsko-hiperwypasionych pakietach. Co wtedy? Najpewniej na rozruch zostanie tylko strona internetowa, która będzie zawierała dostęp do wszystkich transmisji plus aplikacja mobilna umożliwiająca streaming wszystkich materiałów wideo. Oczywiście płatna. A żeby móc z niej korzystać, trzeba będzie liczyć się z wydatkiem rzędu 30-40 złotych miesięcznie. I tu wracamy do punktu wyjścia, ile osób zapłaci żądaną przez nadawcę kwotę, by móc raczyć się ucztą w postaci spotkania Inverness – St. Mirren? Żeby chcieć być premium i ściągnąć z ludzi dodatkową kasę, trzeba mieć ofertę premium, a nie ligę szkocką. Czy po to, żeby raz w miesiącu obejrzeć mecz pokroju Juventus – Inter albo Roma – Milan ludzie zapłacą 30 zł? Jeśli zapłacą, to są baranami. Co innego, gdyby Eleven uzyskało jeszcze prawa choćby do La Ligi – mecze Barcy i Realu byłyby wabikiem, ale Montpellier i Stade Rennes? Bądźmy poważni. Zresztą tematu La Ligi pewnie i tak na serio nie ma, bo to już produkt na którego stratę nc+ pozwolić sobie nie może.

A bez tego Eleven będzie taką bogatszą wersją Sportklubu – od wielkiego dzwonu można coś tam obejrzeć, ale jak się nie obejrzy, to dramatu nie będzie. Nc+, Polsatowi Sport ani Eurosportowi na obecną chwilę ani nie będą w stanie zagrozić, ani odebrać im widzów. Nie ten kaliber, nie ta oferta i nie te możliwości. Stracić może jedynie TVP Sport, które na tygodniu i tak tka ramówkę powtórkami powtórek, a ciekawych transmisji ma tyle co kot napłakał. Wielcy nie muszą się bać, jedynie nc+ może rozważyć zamknięcie swojej drugiej anteny sportowej  i całkowite zlikwidowanie kanału 36 (docelowo to właśnie tu lądowała najczęściej Liga francuska). Chociaż ta pierwsza propozycja wcale nie jest taka pewna, od kilkunastu tygodni mają bowiem taką ofertę… golfa, że mogą tłuc ją na okrągło i prawie zawsze pokażą albo coś live, albo premierowy materiał. Pomysłem byłoby też połączenie Canalu+ Sport 2 z nSportem+ i stworzenie jeden atrakcyjnej anteny, na której byłby żużel, golf plus wszystkie inne relacje, jakie nie zmieszczą się na głównej antenie. No ale przecież to już nie mój ból dupy, niech głowią się nad nim więksi i mądrzejsi, w końcu to ich praca. Ja tu tylko pisuję.

Pomorski tygrys śni o potędze



Marzy im się mistrzostwo, ale najpierw marzy im się wielka drużyna, która regularnie będzie zapełniała trybuny nowoczesnej PGE Areny. W Gdańsku chcą zbudować team, który rzuci rękawicę Legii i Lechowi i będzie w stanie stać się trzecią siłą polskiej piłki. Przesłanki ku temu są, bo i …konkurencji do trzeciego motoru ekstraklasy nie widać – Wisła stacza się w przeciętność, Śląsk porzucił już mocarstwowe plany z czasów Zygmunta Solorza i też powoli stacza się w ligową szarzyznę, reszta konkurencji finansowo i organizacyjnie jest przynajmniej dwie długości za ekipą z Pomorza.

Lechia swoją pozycję buduje konsekwentnie i długofalowo. Oczywiście w Gdańsku zdarzają się pomyłki – nieudane transfery, nietrafione wybory trenerów, ale jest jakaś myśl przewodnia, która przyświeca radzie nadzorczej i nakręca karuzelę, tak aby cel stał się środkiem a nie celem samym w sobie. W Gdańsku już skompletowali niezłą jak na polskie warunki kadrę, a zapowiadają, że wzmocnienia będą i to z nazwiskami, które mogą rzucić na kolana. W Lechii szukają ponoć solidnego bramkarza, bo choć mają na tę pozycję trzech w miarę równorzędnych zawodników Jerzy Brzęczek chce mieć między słupkami bezapelacyjny numer jeden, który przyćmi konkurencję. Roszady mają być też w przednich formacjach, choć tu zakupiono już latem Michała Maka ze zdegradowanego Bełchatowa. Latem do klubu przyszli też Bartłomiej Pawłowski z Zawiszy Bydgoszcz, nieźle rokujący 19-letni Marko Marić z Rapidu Wiedeń i Mario Maloča z Hajduka Split. Ciekawy jest zwłaszcza transfer ostatniego z nich – 26-letni Chorwat w ubiegłym sezonie był podstawowym zawodnikiem swojego dotychczasowego klubu, a w jego barwach rozegrał 28 meczów. Wszystko wskazuje na to, że będzie dla Lechii solidnym wzmocnieniem. Żeby nie było w szatni tłoku Lechia trochę też sprzedaje i wypożycza. Z bardziej znanych nazwisk z klubem pożegnali się na razie Piotr Grzelczak, który wylądował w Jagiellonii i jedna z największych niespełnionych nadziei polskiej piłki ostatnich lat, Mateusz Możdżeń, którego skusiło Podbeskidzie Bielsko-Biała. Czystki z pewnością latem nie będzie, choć bardzo prawdopodobne, że z klubem pożegna się jeszcze kilku zawodników.

Lechia już w ubiegłych dwóch sezonach zaskoczyła transferami. Na Pomorze trafili przecież trzej ekslegioniści z reprezentacyjnym stażem: Daniel Łukasik, Ariel Borysiuk i Jakub Wawrzyniak, przy czym tylko pierwszy z nich bezpośrednio z Warszawy. Dwaj pozostali przyszli do klubu po średnio udanych wojażach zagranicznych. Na Traugutta nie żałowano pieniędzy na Bartłomieja Pawłowskiego, który przyszedł z Widzewa i Macieja Makuszewskiego wykupionego z Tereka. Solidne pieniądze kosztowali też niemłody już przecież Sebastian Mila i Adam Dźwigała, który akurat w kolebce Solidarności poradził sobie średnio i prawdopodobnie latem znów zmieni pracodawcę. Nieźle z nowych grał Gerson, solidnie wracający z Monachium Grzegorz Wojtkowiak, złapał kontakt z drużyną wypożyczony z Norymbergii Antonio-Mirko Colak, którego zdecydowano się teraz definitywnie wykupić za pół miliona euro. W sumie więcej było transferów udanych podnoszących jakość, niż tych, które okazały się niewypałami. W Gdańsku nie żałują pieniędzy, ale jak już je wydają, chcą mieć pewność, że nie będzie to kasa wyrzucona w błoto.

I Lechia małymi kroczkami powoli dobija się do topu. Trzy lata temu finiszowała w lidze na ósmym miejscu, dwa – na czwartym, a ubiegły sezon zakończyła na piątej pozycji, ale walnie przyczyniła się do… wywalczenia mistrzostwa przez Lecha, w przedostatniej kolejce bezbramkowo zremisowała bowiem z Legią, stawiając ekipę ze stolicy pod ścianą i odbierając jej niemal wszystkie nadzieje na tytuł. Szału nie ma, ale pamiętajcie, że dziesięć lat temu gdańszczanie rywalizowali jeszcze w czwartej lidze, a ekstraklasową drużyną stali się dopiero w 2008 roku. Mozolne budowanie marki póki co zmierza w dobrym kierunku, jeśli w Gdańsku nikomu nie zagotują się głowy Lechia ma szansę, aby w przeciągu trzech-czterech następnych sezonów wdrapać się na szczyt. Czy ją wykorzysta, zależy już tylko od działaczy, trenerów i samych piłkarzy. Póki co latem na PGE Arenę przyjeżdżają znakomici sparingpartnerzy – najpierw Wolfsburg, później sam Juventus. Jeśli dodamy do tego, że przed rokiem „Biało-Zieloni” mierzyli się m.in. z Barceloną (w barwach której oficjalnie zadebiutował wówczas Neymar), widać jak na dłoni, że marka klubu rośnie. Bo owszem, Juve czy Barca przyjeżdżają do Gdańska, bo dostają za to kupę kasy. Ale same pieniądze to nie wszystko, gdyby tak było całe dwa wakacyjne miesiące Katalończycy spędzaliby na Półwyspie Arabskim i grali co pięć dni z rywalami pokroju Al-Alhy albo Al-Nassr. A z tego co się orientuję, tak chyba się nie dzieje.
 
Copyright © 2013. Shankly mówi - All Rights Reserved
Template Created by ThemeXpose | Published By Gooyaabi Templates