Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

Quo vadis Canalu?


Zaciekle walczyli o prawa do polskiej Ekstraklasy. Tak zaciekle, że choć wygrali, to triumf ten może odbić im się poważną czkawką. Po pierwsze Canal+ był zbyt słaby, żeby w pojedynkę rozstrzygnąć przetarg na swoją korzyść i musiał posiłkować się Eurosportem, który, owszem wyłożył część kasy, ale i zagwarantował sobie prawo do pokazania w sezonie 72 meczów na wyłączność. Po drugie, nc+ lokując majątek w polskie kluby, całkowicie wyprztykało się z kasy, kosztem czego straciło trzy z pięciu najlepszych europejskich lig. Już wcześniej wiadomo było, że Ligue 1 i Serie A podkupiło Eleven Sport, teraz okazuje się, że ta sama stacja podebrała też konkurencji La Ligę. I Canal został właściwie z niczym. Bo ma polską Ekstraklasę, angielską Premier League oraz na wyłączność Ligę Mistrzów i Ligę Europy. Dla abonenta, który co miesiąc ceduje konkretną (wcale niemałą) kwotę za możliwość oglądania piłki na najwyższym poziomie to ciut mało. Nawet jeśli Champions League jest na wyłączność… A może być jeszcze gorzej. Za rok nc+ wygasa umowa na ligę angielską, wiadomo już, że zęby ostrzą sobie na nią i Eleven (za którym stoi potężny beIN Sport), i Eurosport z kapitałem Discovery, coraz mocniej rozpychający się na rynku sportowych transmisji. Canal+ może popłynąć. I wcale nie jest to czarnowidztwo, ale bardzo prawdopodobny scenariusz. Wyobraźcie sobie, że za rok ludzie Smokowskiego tracą ligę angielską. Co im pozostanie? Ekstraklasa i europejskie puchary. Do tego golf, żeglarstwo, żużlowa Ekstraliga i żużlowe Grand Prix, które prestiżem przegrywa już z paroma innymi cyklami w czarnym sporcie. Oczywiście kanał sportowy platformy nc+ nie zniknie, bo zawsze znajdą się jakieś zawody, którymi można zapchać ramówkę – nakupi się mityngów w lekkiej atletyce, zapasów, łucznictwa, ligę niemiecką w siatkówce i program będzie hulał. I pięć ramówek będzie można nim zapchać. Tylko czy ilość będzie szła w parze z jakością?…

Na dłuższą metę Canal jest skazany na porażkę, a La Liga to tylko preludium przed całkowitą utratą najważniejszych  piłkarskich praw. Jestem w 100% pewien, że za rok kanał straci też prawa do ligi angielskiej, a LM i LE pokazuje u siebie po raz ostatni. Jeśli Katarczycy (beIN Sport) na poważnie wkroczą do akcji, zakoszą dla siebie wszystkie najatrakcyjniejsze kąski. Tak robią w całej Europie, takie same kroki poczynią u nas. W USA całkowicie zmonopolizowali rynek piłkarskich transmisji, na Bliskim i Środkowym Wschodzie też już właściwie nie mają konkurencji, teraz coraz szerszą ławą uderzają na Stary Kontynent. I koszą rywali jak im się żywnie podoba. Dla polskiego Canalu nie ma ratunku, skoro w swoim mateczniku utracił – kosztem Katarczyków, rzecz jasna – własną ligę francuską. Sport kocha pieniądze, a najbardziej kocha tych, którzy pieniędzy mają dużo. I chętnie wydają je na prawa. A beIN Sport z kosztami specjalnie się nie liczy, dla nich rzucenie na stół pięciu czy dwudziestu pięciu milionów dolarów nie robi wielkiej różnicy. To tak jakbym ja miał wydać na dodatkowy abonament obejmujący wszystkie piłkarskie transmisje złotówkę albo trzy złote… Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, mniej więcej na takich warunkach toczy się gra.

Canal+ Sport solidnie dostał obuchem, teraz walczy jednak o to, żeby cała platforma nc+ nie straciła tysięcy klientów. Jedynym ratunkiem na status quo jest przyjęcie w swoje szeregi obu kanałów Eleven. A sprawa łatwa nie będzie, bo wiadomo, że teraz to nie nc+ dyktuje ceny, bo i nie ma ku temu właściwie żadnych argumentów. W sumie sprawa jest stosunkowo prosta – Eleven proponuje cenę za jedno gniazdko, a Canal musi na nią przystać. Jeśli się nie zgodzi, nie będzie miał u siebie trzech czołowych europejskich lig, a ludzie gremialnie zaczną składać wypowiedzenia, bo cóż im po samej lidze polskiej i angielskiej. Rachunek ekonomiczny musi się zgadzać, na Sobieskiego muszą więc wyliczyć sobie, czy lepiej konkretnie zapłacić Eleven, czy lepiej stracić dziesiątki tysięcy abonentów? Przez całe lata nc+ nie zmagało się z takim problemem. No ale jako to mówi przysłowie, po siedmiu latach tłustych, zawsze przychodzą te chude…

Młode strzelby Premier League


Młodzi Anglicy są w cenie. Przynajmniej jeśli chodzi o piłkarzy. Zobaczcie takiego Raheema Sterlinga, młokos parę razy kopnął prosto piłkę, dla Liverpoolu nie zagrał w lidze nawet stu meczów, nie strzelił w nich choćby dwudziestu bramek, a już zaśpiewał sobie pensję wynoszącą 100 tysięcy funtów tygodniowo. The Reds, wiedząc, że mają do czynienia z diamentem, podąsali się, pogrozili paluszkiem, ale przystali na jego warunki. Wtedy do akcji wkroczył jednak Manchester City, Obywatele niemal podwoili Sterlingowi tygodniówkę, nie dziwi więc, że młodzian wartko przeprowadził się na Etihad, a The Citizens przelali na konto Liverpoolu 49 milionów funtów! Ładna sumka, nie ma co. O jeszcze wyższej mówi się w perspektywie Harry’ego Kane’a, kolejnego młodziana z Wysp, którego w swoich szeregach chętnie widzieliby włodarze najsilniejszych europejskich klubów. W ostatnich miesiącach jego talent eksplodował, w ubiegłym sezonie w 51 meczach dla Tottenhamu zdobył łącznie 31 goli, dwie trzecie z nich strzelając w Premier League. Zdążył zadebiutować w kadrze, a jakże, strzelając w niej pierwszego gola. Takie przykłady rozpalają Anglików, którzy wierzą, że po latach posuchy w końcu doczekają się dorosłej reprezentacji zdolnej wspiąć się na szczyt. Czy mają ku temu przesłanki? I tak, i… nie. Nie, bo nieopierzone podlotki często nie potrafią przeobrazić się w dojrzałych, ukształtowanych piłkarzy. Tak, bo jednak część z tych młokosów zrobi kariery. A robić ma kto – zobaczcie, kto w nadchodzącym sezonie może być wschodzącą gwiazdą w Premier League i pójść w ślady choćby Harry’ego Kane’a. W zestawieniu jest kilku Anglików, znalazło się też jednak miejsce dla zawodników innych nacji, którzy już w tym roku mogą rozbijać się łokciami po Premier League.

Rolando Aarons (Newcastle, 19 lat)
W ubiegłym sezonie wystąpił w barwach Srok tylko w czterech meczach. Prezentował się w nich jednak wybornie. W ciągu 128 minut, jakie przebywał na murawie zaliczył dwanaście udanych dryblingów – żaden inny piłkarz Newcastle nie mógł pochwalić się równie dobrą średnią, niewielu zresztą w całej lidze zbliżyło się do tego wyniku. Steve McClaren ufa mu ponoć i wierzy, że w nadchodzących rozgrywkach Aarons może być jednym z motorów napędowych drużyny – jest szybki, znakomity technicznie, ponadto może wnieść do drużyny cząstkę fantazji i improwizacji, której na St. James Park nie widziano od dawna. Urodzony w stolicy Jamajki, Kingston, regularnie gra ostatnio w kadrze Anglii U-20. W ubiegłym sezonie zagrał też w dwóch meczach League Cup i strzelił w nich jedną bramkę.

Izzy Brown (Chelsea, 18 lat)
Szalenie uzdolniony wychowanek West Bromwich Albion, który na Stamford Bridge terminuje od dwóch sezonów. W tym czasie dwukrotnie wywalczył z Chelsea FA Youth Cup i był ważną częścią zespołu, który zdobył Barclays Under 21 Premier League i UEFA Youth League. Z reprezentacją wywalczył ponadto mistrzostwo Starego Kontynentu w kategorii siedemnastolatków. W maju zdążył już zadebiutować w pierwszej drużynie Chelsea. Na ten sezon The Blues postanowili wypożyczyć go do swojej fili w Arnhem. Nikt nie zagwarantuje jednak, że za kilka tygodni Mourinho nie wezwie 18-latka z powrotem do Londynu.

Ruben Loftus-Cheek (Chelsea, 19 lat)
Wraz z pierwszym zespołem przygotowuje się do nowego sezonu. Przebywał z nim na tournée, podczas którego został mocno… skrytykowany przez Jose Mourinho. Na kogo jednak The Special One nie wylał w swoim klubie wiadra pomyj? Portugalczyk lubi ponarzekać, ceni sobie jednak Loftusa-Cheeka, a ten w nadchodzącym sezonie na pewno dostanie – zapewne kosztem Johna Obi Mikela – kilkanaście minut do zaprezentowania swoich nieszablonowych umiejętności. Rosły, liczący 191 centymetrów piłkarz, ma za sobą już trzy oficjalne mecze w barwach The Blues, a o tym, że jego kariera rozwija się harmonijnie świadczą powołania do juniorskich reprezentacji Dumnych Synów Albionu. W kadrach od U-16 do U-21 rozegrał już blisko trzydzieści meczów.

Andreas Pereira (Manchester United, 19 lat)
Urodzony w Belgii Brazylijczyk trafił doskonale, znalazł się pod skrzydłami Louisa van Gaala, który słynie z tego, że młodych selekcjonuje jak nikt inny i z uporem maniaka daje im szanse debiutu w dorosłej piłce. Pereira właśnie od Holendra otrzymał glejt na grę w pierwszym składzie Czerwonych Diabłów, a debitu dostąpił w marcowym meczu przeciwko Tottenhamowi. 19-latek urodził się w Belgii i od 15- aż do 17-latków reprezentował ten kraj na arenie międzynarodowej. Ostatnio podążył jednak śladem przodków i zdecydował się na grę w barwach Brazylii. Dla Canarinhos U-20 uzbierał już zresztą osiem oficjalnych występów. Pereira to szybko operujący piłką, kreatywny pomocnik, który może występować praktycznie we wszystkich sektorach boiska, w których drużyna konstruuje akcje ofensywne. Van Gaal i cały Manchester może wkrótce mieć z niego dużo pożytku.

Diego Poyet (West Ham United, 20 lat)
20-latek, ale w tym gronie właściwe już wyjadacz. Na szerokie wody wypłynął w sezonie 2013/14 w Charltonie, kiedy to zagrał w dwudziestu meczach. W ubiegłym roku zawodnik West Hamu, w drugiej części sezonu wypożyczony do Huddersfield Town. Ma wszelkie zadatki, aby pójść w ślady swojego ojca – Gustavo Poyeta, byłego zawodnika Realu Saragossa, Chelsea i Tottenhamu. Reprezentacyjne granie rozpoczynał pod banderą angielską, podobnie jednak jak w przypadku Pereiry, zmienił front i jako 20-latek powrócił na ojczyzny łono. Reprezentant Urugwaju U-20 w czterech meczach.

Jose Pozo (Manchester City, 19 lat)
Urodził się w Maladze, pierwsze piłkarskie szlify zbierał w Realu Madryt, a od 2012 roku jest zawodnikiem Manchesteru City. Zaczynał w drużynie juniorskiej, od ubiegłego sezonu jest już piłkarzem pierwszej kadry, Manuel Pellegrini dał mu nawet zadebiutować w potyczce przeciwko Sheffield Wednesday w League Cup. Pozo wypadł w niej na tyle korzystnie, że wskutek urazów innych napastników w klubie, w trzech kolejnych meczach w Premier League też wybiegał na murawę. W spotkaniach tych bramki wprawdzie nie zdobył, ale prezentował się na tyle udanie, że chilijski szkoleniowiec postanowił pozostawić go na ten sezon na Etihad. Szanse na grę może mieć niewielkie, bo w ataku The Citizens konkurencja jest ogromna, im dalej w sezon, tym więcej może jednak pojawić się kontuzji i kartek, a wtedy młody Hiszpan z pewnością poczuje krew. Pytanie tylko, czy wykorzysta daną mu szansę.

Alex Pritchard (Tottenham, 22 lata)
Zawodnik Tottenhamu od 2011 roku, choć w tym czasie zdołał zagrać dla Kogutów tylko raz. Permanentnie wypożyczany do innych klubów – najpierw do Peterborough United, potem do Swindon, wreszcie do Brentfordu. W ostatniej z tych drużyn wiodło mu się wybornie – w 45 meczach strzelił dwanaście goli i zanotował siedem asyst. Został wybrany najlepszym zawodnikiem drużyny w sezonie 2014/15, dwa razy nominowano go do jedenastki kolejki, w końcu znalazł się w najlepszej drużynie Championship za ubiegły sezon. Teraz wraca na White Hart Lane i ma wespół z Harrym Kane’em stworzyć zabójczy duet groźny dla najlepszych. Świetny technicznie, idealnie pasujący do gierek na małym terenie, posiadający znakomity przegląd pola. Pożytek z niego ma już angielska kadra U-21. Czy będzie miał też Tottenham, a w przyszłości i dorosła reprezentacja Wyspiarzy?

Jerome Sinclair (Liverpool, 18 lat)
Może pójść śladem Sterlinga. Może, ale nie musi. Wychowany na Anfield, od samego początku swojej kariery związany z Liverpoolem. W Premier League zadebiutował zaraz po szesnastych urodzinach, jego talent nie eksplodował jednak z mocą supernowej. Na kolejny występ w barwach The Reds czekał niemal dwa lata. I zaliczył ledwie dwa mecze, po których został wypożyczony do Wigan (na zapleczu Premier League zagrał… raz). Anglicy uważają, że to talent czystej wody, który musi dojrzeć, okrzepnąć, nabrać doświadczenia, a zdolny będzie przenosić góry. Teoretycznie ma czas, wszak skończył dopiero osiemnaście wiosen. Praktycznie przydałoby mu się chyba jednak trochę więcej regularnej gry nawet na niższym poziomie niż w Premier League.

Jordan Turnbull (Southampton, 20 lat)
Kolejny „wyrób” słynnej Southampton Academy, która wydała już na świat niejeden znakomity futbolowy owoc. Ostatni sezon spędził na wypożyczeniu w Swindon Town, dla którego zagrał aż 45 meczów. Teraz Ronald Koeman postanowił zostawić młodego zdolnego obrońcę w klubie i dać mu szansę zaprezentowania niebanalnych ponoć umiejętności. W tym roku zadebiutował w kadrze Anglii U-20, w najbliższych tygodniach ma też zamiar rozegrać pierwszy oficjalny mecz dla Świętych. Po bardzo dobrym poprzednim sezonie w klubie z St Mary's Stadium do czerwoności rozgrzewał się faks z pytaniami o możliwość kupienia lub wypożyczenia Turnbulla na nadchodzące rozgrywki. Southampton każdą z nich z gracją jednak odrzucało. Czy to był dobry ruch przekonamy się już po kilku pierwszych kolejkach.

James Wilson (Manchester United, 19 lat)
W maju 2014 roku otrzymał szansę debiutu w trykocie Czerwonych Diabłów.  Wykorzystał ją, bo dwa gole wbite Hull sprawiły, że z miejsca stał się bohaterem angielskich kibiców. Louis van Gall pojawiając się w klubie z Old Trafford i obserwując piłkarzy podczas treningów to pod wpływem Wilsona postanowił ponoć sprzedać Danny’ego Wellbecka i wypożyczyć Javiera Hernandeza. Ich brak rekompensować miał właśnie  osiemnastoletni wówczas młokos. Wilson nie został oczywiście od razu pierwszoplanowym napastnikiem, od którego Holender rozpoczynał budowanie składu, swoje szanse na grę jednak otrzymał. I raczej nie zrobił z nich odpowiedniego użytku. Owszem, strzelił jednego gola w lidze i jednego w Pucharze Anglii, jak na siedemnaście meczów, w których wystąpił, statystyki nie walą jednak po mordzie. Ten sezon może być dla niego przełomowy – albo wszystko zagra w nim jak należy i zostanie nowym Rooneyem, albo udowodni, że jego miejsce jest gdzieś między Burnley a Ipswich Town.

Maszynka do zarabiania pieniędzy


Próbujący odbudować swoją pozycję na arenie nie tyle międzynarodowej, co we włoskiej Serie A, AC Milan od początku okna transferowego sukcesywnie sprowadza na San Siro graczy o uznanych nazwiskach. Wśród potencjalnych nabytków ekipy ze stolicy Lombardii wymieniano m.in. Jacksona Martineza, który trzy ostatnie sezony spędził w Porto. Milan był zainteresowany sprowadzeniem Kolumbijczyka, kiedy jednak okazało się, że trzeba będzie zapłacić za niego zapisaną w kontrakcie sumę odstępnego wynoszącą 35 milionów euro po angielsku wycofał się z negocjacji. Na Martineza za taką kwotę szybko znalazł się jednak kolejny kupiec, do akcji wkroczyło bowiem Atletico, które najprawdopodobniej zdecyduje się posiąść jego kartę od wicemistrzów Portugalii. Wygląda więc na to, że na Estadio do Dragao zrobią kolejny świetny interes. Kolejny, bo od 2004 roku Smoki wytransferowały zawodników za zawrotną sumę 400 milionów funtów!

W ostatnim dziesięcioleciu żaden inny klub w Europie nie sprzedał większej liczby piłkarzy wartych ponad 20 milionów funtów i żaden nie wygenerował na transferach większej kwoty niż ta uzyskana przez Porto. Smoki nie słabną przy tym, nie popadają w degrengoladę – przeciwnie, na miejsce każdego sprzedanego mają już w obwodzie dwóch nowych, którzy po drobnym ograniu mogą z miejsca wskoczyć do podstawowej jedenastki i… promować się przyszłym kupcom. Bo w Porto wiadomo, że jak jesteś dobry, to długo tu nie pograsz. Sezon, dwa, góra trzy – parol zagną na ciebie bogatsi, obiecujący wyższy kontrakt, lepsze perspektywy. A ty się skusisz, bo uznasz, że to dla ciebie dobre. A klub cię sprzeda, bo wie, że zarobi na tobie ładne pieniądze. I tak maszynka się kręci, wszyscy są zadowolni, najbardziej działacze ze stolicy portugalskiego wina, bo kasa znów spuchnie od zielonych papierków.

Powyższa zasada to dewiza, którą od lat kieruje się Porto – za grosze sprowadza całe naręcza zawodników z Ameryki Południowej, a potem sprzedaje ich z gigantycznym zyskiem. Proste pytanie, czemu mogą oni, a innym takie manewry się nie udają. Cóż, pewnie działacze i skauci „Smoków” mają wrodzony talent do przekonywania, poza tym przekonywać jest im łatwiej, bo większość krajów Ameryki Południowej łączą z Portugalią silne związki historyczne i kulturowe. Najlepiej widać to oczywiście na przykładzie Brazylii, zresztą właśnie z ligi pięciokrotnych mistrzów globu wędruje na Półwysep Iberyjski największa liczba talentów. Swoje też robią łagodniejsze przepisy prawa pracy, które przybyszom zza oceanu pozwalają z miejsca podpisać zawodowy kontrakt. Porównując to z przepisami choćby w Anglii wiadomo dlaczego to Portugalia staje się pierwszym portem piłkarskich diamentów na futbolowej mapie Starego Kontynentu.

Oczywiście warto zdać sobie sprawę, że do kasy Porto nie trafia cała kwota, za którą dany zawodnik odchodzi z klubu. Część trafia do związku, część (w zależności od tego jak skonstruowany jest kontrakt) musi zostać przelana na konto poprzedniego klubu piłkarza, a część (z reguły zawrotną) pobierają żerujący na wolnym rynku i wypatrujący okazji niczym sępy na pustkowiu menadżerowie. Niedoścignionym szefem w tym mało zacnym fachu stał się w ostatnich latach Jorge Mendes, przez którego ręce przeszło w Porto kliku piłkarzy, m.in. Radamel Falcao czy Eliaquim Mangala. Tak czy siak, Smokom taki biznes się opłaci. Bo czy zarobią więcej, czy mniej i tak zarobią. A przecież właśnie o to w całym tym biznesie chodzi najbardziej.

Lista zawodników, których od 2004 roku Porto sprzedało za 10 lub więcej milionów funtów:

Paulo Ferreira do Chelsea w 2004 - 13.2 mln funtów
Deco do Barcelony w 2004 - 14.0 mln funtów
Ricardo Carvalho do Chelsea w 2004 - 19.8 mln funtów
Maniche do Dynama Moskwa w 2005 - 10.9 mln funtów
Anderson do Manchesteru United w 2007 - 20.3 mln funtów
Pepe do Realu Madryt w 2007 - 20.3 mln funtów
Jose Bosingwa do Chelsea w 2008 - 16.3 mln funtów
Ricardo Quaresma do Interu w 2008 –  15.1 mln funtów
Aly Cissokho do Olympique Lyon w 2009 – 13.0 mln funtów
Lucho Gonzalez do Olympique Marsylia w 2009 - 15.3 mln funtów
Lisandro Lopez do Olympique Lyon w 2009 - 20.4 mln funtów
Bruno Alves do Zenita Sankt Petersburg w 2010 - 18.2 mln funtów
Radamel Falcao do Atletico Madryt w 2011 - 34.7 mln funtów
Hulk do Zenitaa Saankt Petersburg w 2012 -- 31.7 mln funtów
Joao Moutinho do Monaco w 2013 -- 21.4 mln funtów
James Rodriguez do Monaco w 2013 - 38.4 mln funtów
Juan Iturbe do Verony w 2014 - 12.2 mln funtów
Fernando do Manchesteru City w 2014 - 12.0 mln funtów
Eliaquim Mangala do Manchesteru City w 2014 - 31.8 mln funtów
Danilo do Real Madryt w 2015 - 22.8 mln funtów
Jackson Martinez do Atletico Madryt w 2015 - 24.8 mln funtów

Piłkarskie lato w TV

Zwykło się przyjmować, że lato to w klubowej piłce sezon ogórkowy, który właściwie – jeśli ktoś nie interesuje się oknem transferowym – można sobie odpuścić. Bo i co niby oglądać? Pląsy naszych w europucharach i ich boje na śmierć i życie z rywalami z Islandii albo Litwy? Faktycznie, ligi nie grają, Europa na poważnie swoje rozgrywki zaczyna dopiero po wakacjach, a reprezentacje zapadają w błogie nicnierobienie aż do wrześniowych meczów eliminacyjnych. Teoretycznie, wszystko to prawda, w praktyce jednak wielcy nie odpuszczają nawet na momencik i w wakacje też wrzucają wysokie obroty decydując się na wojaże po Azji, Ameryce, czy Europie i rywalizację z innymi możnymi Starego Kontynentu. W ostatnich latach namnożyło się mniej lub bardziej prestiżowych turniejów, które latem odbywają się na całym świecie. Reale, Barcelony czy Manchestery chętnie biorą w nich udział, bo po pierwsze same mają okazję dobrze na tym zarobić, po wtóre nakręcają koniunkturę na siebie w najdalszych zakątkach globu. Jesteście w stanie wyobrazić sobie ile daje Bayernowi rozegranie towarzyskiego meczu w Szanghaju? Nie chodzi tu bynajmniej o wpływy stricte z samego meczu, które podarują Chińczycy, ale o dostęp do niepoliczalnego  wręcz rynku generującego każdego dnia miliardowe obroty. Niech co dziesięciotysięczny Chińczyk kupi dzięki takiemu tournee koszulkę Bawarczyków, a dochody mistrza Niemiec wystrzelą gdzieś pod stratosferę.

Właśnie dlatego największe europejskie firmy coraz śmielej decydującą się na azjatyckie lub amerykańskie eskapady. Mimo że zakłócają one spokojnie przygotowanie do nowego sezonu i nie pozwalają piłkarzom wypocząć po ostatnich rozgrywkach. Nikt już na to nie patrzy, bo w piłce sentymenty już dawno zamknięto za drzwiami z napisem „muzeum”. Teraz liczy się pieniądz. Kasa, misiu, kasa – jakby chcieć parafrazować byłego selekcjonera.
A na egzotycznych tournee wielcy mierzą się sami ze sobą. Bo kogo zainteresuje bój Chelsea z Adelajdą, jeśli w tym samym czasie Chelsea może równie dobrze zmierzyć się z PSG. O! To ci dopiero meczycho! A tego lata takich spotkań nie zabraknie. Wprawdzie w polskiej telewizji pokażą same okruszki, jest jednak sposobność, żeby dostać się do pańskiego stołu – wystarczy przełączyć się na Sport1*, Niemcy zamierzają bowiem transmitować sporą dawkę sparingowych meczów dużego kalibru. Poniżej lista wszystkich najciekawszych spotkań wraz z godzinami ich transmisji. Parę zapowiada się naprawdę interesująco, parę na bank będzie świetnymi widowiskami. Uwaga zwłaszcza na 25 lipca – będziecie mogli zobaczyć wtedy pięć meczów, wśród nich Milan – Inter, Borussia – Juve, Manchester United – Barcelona i Chelsea – PSG!

Hansa Rostock – Werder Brema (wtorek 7 lipca, godz. 18.15)
Wolfsberger – Schalke 04 Gelsenkirchen (piątek 10 lipca, godz. 18.25)
Schalke 04 Gelsenkirchen – Udinese Calcio (wtorek 14 lipca, godz. 19.55)
FC Basel – Bayer Leverkusen (środa 15 lipca, godz. 19.55)
VfL Bochum – Borussia Dortmund (piątek 17 lipca, godz. 19.55)
Real Madryt – AS Roma (sobota 18 lipca, godz. 10.55)
Bayern Monachium – Valencia CF (sobota 18 lipca, godz. 13.25)
Arminia Bielefeld – Hamburger SV (sobota 18 lipca, godz. 15.25)
Borussia Mönchengladbach – Standard Liege (niedziela 19 lipca, godz. 14.55)
Manchester City – AS Roma (wtorek 21 lipca, godz. 12.00)
Bayern Monachium – Inter Mediolan (wtorek 21 lipca, godz. 13.55)
Hertha Berlin – Fulham Londyn (środa 22 lipca, godz. 17.55) 
FC Köln – Espanyol Barcelona (środa 22 lipca, godz. 19.55)
Bayern Monachium – Guangzhou Evergrande (czwartek 23 lipca, godz. 13.30)
Manchester City – Real Madryt (piątek 24 lipca, godz. 11.45)
AC Milan – Inter Mediolan (sobota 25 lipca, godz. 13.55)
Werder Brema – Sevilla FC (sobota 25 lipca, godz. 17.00)
Borussia Dortmund – Juventus Turyn (sobota 25 lipca, godz. 19.00)
Manchester United – FC Barcelona (sobota 25 lipca, godz. 21.55)
Chelsea Londyn – Paris Saint-Germain (sobota 25 lipca, godz. 23.55)
Arsenal Londyn – VfL Wolfsburg (niedziela 26 lipca, godz. 17.15)
Inter Mediolan – Real Madryt (poniedziałek 27 lipca, godz. 14.00)
Schalke 04 Gelsenkirchen – FC Porto (poniedziałek 27 lipca, godz. 17.55)
Real Madryt – AC Milan (czwartek 30 lipca, godz. 14.00)
FC Köln – Stoke City (sobota 1 sierpnia, godz. 14.55)
Hannover 96 – AFC Sunderland (sobota 1 sierpnia, godz. 16.55)
FC Köln – Valencia CF/FC Porto (niedziela 2 sierpnia, godz. 14.55)
Schalke 04 Gelsenkirchen – Twente Enschede (niedziela 2 sierpnia, godz. 16.55)
AC Fiorentina – FC Barcelona (niedziela 2 sierpnia, godz. 20.55)

*Sport1 (dawny DSF) – niemieckojęzyczny program sportowy nadawany w satelity Aster. W Polsce dostępny u niektórych kablarzy. Jeśli nie macie go w swojej ofercie wystarczy smartfon i dostęp do Internetu. Ściągacie całkowicie darmową aplikację Globo TV albo German TV i do woli raczycie się wszystkimi meczykami. Albo ślęcząc przed komputerem odpalacie stronkę sport1.de i macie wszystko podane na tacy.

Barcelono, jesteś wielka!


Bez jaj! To może być i powinno sportowe zdjęcie roku. Po finale Ligi Mistrzów zwycięzcy z Barcelony utworzyli szpaler zmierzającym po pamiątkowe medale za udział w finale piłkarzom Juventusu. Brawa! Wielkie brawa dla Katalończyków, bo prawdziwych mistrzów poznaje się nie po tym jak grają na boisku, ale po tym jak prezentują się poza nim. A w tym przypadku podopieczni Luisa Enrique zaprezentowali ogromną klasę. Bo w trakcie meczu walczymy na całego, wypruwamy z siebie flaki, a przeciwnikowi uprzykrzamy życie do granic możliwości. Ale z końcowym gwizdkiem sędziego zakopujemy topór wojenny. Jesteśmy w końcu przeciwnikami, a nie wrogami! Jesteśmy rywalami w granicach fair play, potem stajemy się normalnymi ludźmi. Dzięki Barcelonie Buffon, Pirlo i kilku innych turyńskich weteranów starej gwardii dostało coś równie wartościowego jak Puchar Mistrzów – szacunek i uznanie najlepszej obecnie drużyny globu. Tego nie kupisz za pieniądze. Barco, wielkie brawa! 

W sumie kto bogatemu zabroni?




Florenitno Perez podjął w życiu całą masę decyzji błędnych i niespodziewanych, idiotyczne zdarzają mu się jednak rzadko. Czasem jednak wyciąga królika z kapelusza i szokuje piłkarski świat bezsensownym transferem lub pozbawioną racjonalności zmianą na ławce trenerskiej. Druga z tych akcji właśnie dzieje się na naszych oczach, oto bowiem z Santiago Bernabeu wylatuje ceniony na całym świecie Carlo Ancelotti, a jego miejsce zajmuje nie kto inny, jak jajogłowy Rafa Benitez. Ok, Hiszpan pracował w wielkich klubach, budował potęgę Valencii, ostatnio (raczej bez sukcesów) prowadził Liverpool i Napoli. Nie można mu odmówić wiedzy, zaangażowania i poświęcenia. Czy to jednak wystarczy, żeby prowadzić jedną z największych piłkarskich korporacji świata? Śmiem wątpić. Benitez – to niemal pewnie – nie wytrwa w Madrycie więcej niż dwa lata. Bo skoro Ancelotti właśnie w ciągu dwudziestu czterech miesięcy zdobył cztery trofea, a jednak mimo tego musiał pożegnać się z klubem, to jajogłowiec odpadnie znacznie wcześniej. Po pierwsze nie zdobędzie tyle co Włoch, po wtóre – sam Perez nie będzie w stanie wytrzymać z nim tak długo w jednym klubie. No ale na razie Perez triumfuje (?), a przynajmniej się cieszy, bo w sumie to kto bogatemu zabroni?

Pogba – na rozstaju dróg


Przed Paulem Pogbą być może najważniejszy mecz w relatywnie krótkiej, aczkolwiek obfitującej w liczne sukcesy karierze. W sobotę Francuz stanie ze swoją drużyną do decydującego boju o triumf w Lidze Mistrzów. Rywala Stara Dama ma nie byle jakiego, wszak Barcelona miażdży jak chce i kogo chce i z gracją kolekcjonuje w tym sezonie całe naręcza trofeów. Tyle, że i Juve sroce spod ogona nie wypadło, podwójna korona na Półwyspie Apenińskim i wyeliminowanie z Champions League Realu oraz Borussii przypadkowym drużynom raczej się nie zdarzają.

Solidną cegiełkę w sukcesy mistrzów Włoch dołożył oczywiście Pogba. Tak solidną, że chcą go u siebie najmożniejsi piłkarskiego świata. Umówmy się, Juventus też kopciuszkiem nie jest, z duopolem hiszpańskim i angielskimi przedsiębiorstwami futbolowymi konkurencji jednak nie wytrzymuje. Dlatego Francuz latem najpewniej porzuci stolicę Piemontu i przeniesie się w inny region Starego Kontynentu. Konkretna cena jaką śpiewają za niego Włosi raczej nie odstraszy potencjalnych kontrahentów, bo 80 milionów euro, które rzekomo miałyby wylądować w Turynie są w stanie wyłożyć i oba Manchestery, i Chelsea, oczywiście Real i Barcelona, a także PSG, które coraz mocniej nagina parol na swojego krajana. Jaką drogę obierze sam Pogba? Czy skłoni się ku słonecznej Hiszpanii, czy jednak nie odstraszą go dżdżyste i mgliste klimaty wyspiarskie? A może powróci na ojczyzny łono? Odpowiedź poznamy zapewne bardzo szybko, być może już kilka dni po finale Ligi Mistrzów, bo to, że nie pozostanie on w Turynie jest już niemal przesądzone.

Gdzie te dynastie?


Z czym kojarzy wam się dynastia? Z Blakiem Carringtonem, jego zamuloną żoną Krystle, mściwą eks-małżonką Alexis i zastępem ich synów/córek/stryjów/bratanków? Czy z Piastami, Wazami i innymi monarchami miłościwie panującymi nam w wiekach dawnych? A może z NBA i drużynami, które seryjnie zdobywają mistrzostwo? Cóż, skojarzeń może być kilka, żadne z nich nie wiąże się jednak bezpośrednio z piłką nożną. Dynastia i futbol? To jakoś nie idzie w parze. A szkoda.

Na potrzeby tego artykułu, w ramach wyjątku, sięgnijmy jednak do terminologii rodem zza Oceanu i przyjmijmy, że dynastiami nazwiemy drużyny, które seryjnie zdobywały najcenniejsze piłkarskie trofeum, Puchar Europy. W końcówce lat pięćdziesiątych mieliśmy więc hegemonię Realu, który Puchar Mistrzów Krajowych zdobywał pięć razy z rzędu (1956-60), w następnej dekadzie przyszła dominacja Mediolanu (Inter i Milan, 1963-65), po niej era Ajaksu (1971-73) i Bayernu (1974-76). Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych najlepszymi rozgrywkami na kontynencie trzęśli Anglicy (lata 1977-82 – w sumie trzy wiktorie Liverpoolu, dwie Nottingham Forest i jedna Aston Villi). Potem przyszło załamanie wielkich serii, jako ostatni Puchar Europy obronili w 1990 roku piłkarze Milanu. Po nich nikomu już nie udała się ta sztuka, choć próbowali najwięksi, z Barceloną, Realem i Manchesterem United na czele.

Czemu dziś żadna drużyna nie jest w stanie regularnie wygrywać Ligi Mistrzów, nie potrafi na dobre skasować konkurencji, nie dominuje niepodzielenie spoglądając na rywali z futbolowego Olimpu? Na przestrzeni dwóch ostatnich dekad piłka nożna rozwinęła się nieprawdopodobnym tempie – gra się szybciej, bardziej siłowo, z większym wyeksploatowaniem organizmu. Kiedy Real przeszło pół wieku temu dominował w Europie musiał dzielić grę na dwóch frontach: w lidze i pucharze. Do tego dochodziło mu raptem kilka spotkań w Pucharze Mistrzów. Dziś doliczyć trzeba do tego rozgrywki rozmaitych Pucharów Ligi, mecze reprezentacji, letnie pokazówki rozgrywane w Azji, Afryce czy obu Amerykach no i rozrośnięte do monstrualnych rozmiarów europejskie puchary. Zawodowy piłkarz w zachodniej lidze gra praktycznie non stop, trudno spodziewać się, żeby przez lata pracował ciągle na najwyższych obrotach, kiedyś musi przyjść załamanie. Dlatego tak trudno utrzymać się na szczycie… Babcie oszukasz, wujka oszukasz, ale własnego organizmu już nie.

Poza tym konkurencja już nie śpi. Bayern trzykrotnie zostając najlepszą drużyną na Starym Kontynencie naprawdę … był najlepszy. Nie miał rywala, który byłby w stanie podjąć rzuconą przez Bawarczyków rękawicę. Teraz sytuacja jest inna. Drużyn z absolutnego topu jest przynajmniej z dziesięć i każda z nich ostrzy sobie zębiska, żeby zasiąść na europejskim tronie. Stawka jest szalenie wyrównana i nie można wskazać jednego zespołu, który wyraźnie odjechał reszcie do przodu. Peleton z najlepszymi trzyma się w zwartej grupie, najsilniejsi harcują na podjazdach, a na finiszu szachują się morderczą walką na noże. Dziś o potencjalnego hegemona trudno, bo rywali do pokonania ma on tak wielu, że w końcu musi potknąć się na którejś z rzędu przeszkodzie. Ten trend utrzyma się na lata, a może i pogłębi jeszcze bardziej. W nowożytnej Lidze Mistrzów tylko czterem drużynom udało się w rok po wywalczeniu pucharu znów zagrać w finale: Milan 1995, Ajax 1996, Juventus 1997 i Manchester 2009. Żadna nie obroniła jednak trofeum. I w najbliższych latach raczej jeszcze długo nie obroni. Romantyczny futbol, w którym dominacja jednej drużyny wyznaczana była w latach, a nie miesiącach czy tygodniach już nie wróci. Dynastie? Zapomnijcie o nich …

Obywatel Kane


Rozdawał karty w tym sezonie Premier League. Tak bardzo namieszał, że zainteresował się nim ponoć sam Real Madryt. No tak, tylko że Perez interesuje się każdym, kto trzy razy z rzędu kopnie prosto piłkę. Podobno po ostatniej kolejce Ekstraklasy zlecił swoim ludziom, żeby bacznie przyglądali się postawie Arkadiusza Piecha. 
Zostawmy jednak Realowi, co królewskie. Sami zobaczcie, że Kane naprawdę dał w tym sezonie radę.

Bez Fabiana



Szok i niedowierzanie przetoczyły się przez walijskie Swansea. Who Scored na podstawie not za poszczególne mecze wybrało swoją jedenastkę sezonu. Uwaga, nie ma w niej miejsca dla naszego Łukasza Fabiańskiego! W zamian doceniony został jakiś rumuński ogórek z Sunderlandu. A kysz!

Perez, czyli jazda wariata



Są takie decyzje, których nie jest w stanie pojąć najtęższy umysł. Zwłaszcza, jeśli decyzje te rodzą się pod kopułą Florentino Pereza. Pamiętacie historię z Vicente del Bosque, który zdobywał dla Madrytu puchary, ale musiał odejść z Santiago Bernabeu, bo był za mało medialny? Pamiętacie, wszyscy pamiętają, zwłaszcza, że później doprowadził La Furia Roja do oszałamiających sukcesów. Teraz historia powtarza się z Carlo Ancelottim. Przed rokiem Włoch dał Królewskim upragnioną Decimę, w sumie zdobył dla nich cztery puchary, no ale w tym sezonie klubowa gablota nie spuchła pod jego wodzą o żadne trofeum. Co więc zrobił Perez? Wypowiedział umowę, rzecz jasna! Za Carlito będą w Madrycie płakać, piłkarze już porykują, bo traktowali go jeśli nie jak ojca, to przynajmniej jako bardzo bliskiego wujaszka, który i opowiedział bajkę, i potrzymał na kolanie, ale jak trzeba było to i klapsem przyłożył. Płakać będą tym bardziej, jeśli okaże się, że stery w trenerskiej szatni przejmie w nadchodzącym sezonie Rafa Benitez.

Dnipro w drodze po ostatni skalp

W tegorocznej Lidze Europy kosili wszystkich jak leci. Sprawiali niespodziankę za niespodzianką i konsekwentnie wyrzucali za burtę bogatszych, bardziej utytułowanych, grających niby dojrzalszy futbol. Stali się nie tylko największą sensacją tegorocznych rozgrywek, ale i być może całych europejskich pucharów w ostatniej dekadzie. Dziś na Narodowym mają do wykonania maleńki kroczek, aby na zawsze zapisać się w annałach światowego futbolu. Czy zdołają pokonać Sevillę, której poczynaniami destrukcyjnymi kierował będzie Grzegorz Krychowiak? Czy Dnipro postawi kropkę nad i zetnie ostatnią w tej kampanii głowę?

Legenda Anfield w liczbach


Można go lubić lub nie, szanować, bądź (jeśli jest się kibicem Manchesteru) nienawidzić. Jedno jednak trzeba mu oddać - przez lata był sercem i mózgiem Liverpoolu. Może i The Redds pod jego wodzą nie nawiązali do chlubnych lat z przeszłości, w osobie kapitana mieli jednak przywódcę co się zowie. Szkoda tylko, że przez tyle czasu rzadko dorabiał się na Anfield wartościowych partnerów do gry.
 
Copyright © 2013. Shankly mówi - All Rights Reserved
Template Created by ThemeXpose | Published By Gooyaabi Templates