Przekleństwo Messiego


Ma u stóp cały piłkarski świat, z Barceloną zdobył wszystko, co było do zdobycia, ale ambicji wciąż nie zaspokaja jego posucha na niwie reprezentacyjnej. Bo w kadrze Leo Messi wciąż ma wiele do zdobycia i jeszcze więcej do udowodnienia. Dopóki nie tchnie Albiceleste do jakiegoś spektakularnego triumfu na niwie reprezentacyjnej, zawsze będzie wisiała nad nim etykietka piłkarza niespełnionego. I nigdy nie skończą się porównania, czy jest lepszy od Diego Maradony, czy nie. Wszak Boski Diego poprowadził swój lud do mistrzostwa i wicemistrzostwa świata, dał mu też złoty medal młodzieżowego czempionatu. Oczywiście w klubie/klubach nie osiągnął tyle co Messi, nie był tak regularny, nie imponował nieziemskimi statystykami, ale … dał Argentyńczykom Puchar Świata.

Messi na swoje triumfy z Albicelestes musi jeszcze poczekać. Przed rokiem dyrygowana przez niego Argentyna nie sprostała w finale mundialu Niemcom, wczoraj w decydującym meczu Copa Ameriki dała się pokonać Chilijczykom. Dla Messiego to już drugi przegrany finał kontynentalnego czempionatu, bo w 2007 roku lepsza okazała się Brazylia. Do dorosłej reprezentacji Leo nie ma szczęścia, choć wydawało się, że… na sukcesy będzie skazany. Na igrzyskach w Pekinie dał przecież swojej drużynie złoto, trzy lata wcześniej poprowadził ją do tytułu na młodzieżowych MŚ, tymczasem w wieku seniorskim coś się przycięło i spodziewanych kolejnych spektakularnych wyników brakuje. Obwinia się Messiego, że do gry w kadrze nie przykłada się tak samo jak do występów w Barcelonie. To bzdura, bo chłopakowi ambicji i determinacji odmówić się sposób. Walczy, stara się, chce, ale po prostu nie wszystko gra, tak jak powinno.


Trudno też podejrzewać, że do skutecznej gry brakuje mu odpowiednich wykonawców. Wystarczy spojrzeć na ofensywną siłę rażenia, jaką Argentyna dysponuje na papierze. Di Maria, Aguero, Lavezzi, Higuain, Pastore, to tylko niektóre nazwiska nadające ton grze ofensywnej Albiceleste. Powiedzieć o nich, że nie potrafią prosto kopnąć piłki to jak powiedzieć, że Macierewicz nie umie manipulować. Oni znają swój fach, w klubach każdy z nich jest gwiazdą, ale gdy przyjdzie do gry w reprezentacji coś się zacina. Może gdy w drużynie zbyt wiele gwiazd, nie potrafią zmieścić się w jednej konstelacji? A może to gracze zbyt jednostronni, tzn. każdy z nich ukierunkowany jest na jeden styl, nie umieją zaskoczyć, skonstruować jakiegoś nieszablonowego zagrania, każdy chce grać swoje i nie ogląda się na resztę? A może po prostu wykonawcy są, tylko brakuje im odpowiedniego człowieka, który umiałby pokierować nimi z trenerskiej ławki. Argentyńska myśl szkoleniowa ma się dobrze, wszak w półfinałach Copa Ameriki wszystkie cztery reprezentacje prowadzili selekcjonerzy zrodzeni z argentyńskiej ziemi, tylko czy za sterami samej Argentyny stała właściwa osoba? Tata Martino to właśnie taki tata – przytuli, otoczy opieką wesprze, śmiem jednak wątpić, czy np. Messiemu byłby w stanie zrobić w przerwie fergusonową suszarkę, czy Aguero zrównałby z błotem po dwóch nieudanych zagraniach. Może Albicelestes brakuje właśnie takiego charyzmatycznego trenera, który nie tylko ułożyłby wyjściową jedenastkę, ale i odcisnął na zespole swoje piętno.

P.S. Po finale najmocniej oberwało się Gonzalo Higuainowi, bo w 90. minucie spartaczył doskonałą okazję na zdobycie zwycięskiego gola, a w serii rzutów karnych huknął hen wysoko nad chilijską bramką. Oczywiście napastnik Napoli z jedenastki walnął jak juniorek, ale za sytuację z końcówki meczu bym go nie obwiniał – dosłał piłkę, która minęła już światło bramki i musiał  uderzać ją praktycznie zza linii końcowej. Niewiele dało się w ten sposób wskórać. Poza tym Messi miał do pomocy jeszcze paru innych kolegów, którzy przez 90 minut nie potrafili zagrozić bramce rywala. Zrzucać całą winę za niepowodzenia na Higuaiana, to jak szukać kozła ofiarnego, który wbrew swej woli położy głowę pod toporem. Oczywiście, Gonzalo zagrał kiepsko, na tle pozostałych kolegów z drużynie nie wyglądał jednak tragicznie, choć przyznać trzeba, że karnego w serii jedenastek lepiej od niego wykonałby chyba i sam Ryszard Kalisz.

Wenezuelskie wiadomości sportowe

 

Przed tegoroczną edycją Copa America mocno kontrowersyjny wenezuelski kanał Desnudando la Noticia zapowiedział, że jeśli piłkarze z ich ojczystego kraju zakwalifikują się w kontynentalnym czempionacie do fazy pucharowej, prezenterki urządzą sobie na wizji striptiz. Parcie na piłkarski sukces musi być w ojczyźnie Chaveza olbrzymie, bo wystarczyło, że Wenezuela pokonała 1:0 Kolumbię, a panie, konkretnie jedna pani – Yuvi Pallares – z gracją zrzuciła przed kamerą ciuszki. Ponieważ ma atrybuty, którymi warto się pochwalić, jest na czym oko zawiesić. To tak na miłe rozpoczęcie poranka.

Autostrada otwarta na oścież


Jest pięknie, Gruzję pyknęliśmy 4:0 i droga do finałów Euro 2016 praktycznie stoi przed nami otworem. Nad drugą w tabeli Szkocją mamy w tym momencie trzy punkty przewagi, nad Niemcami jeden, ale nasi zachodni sąsiedzi nie są kluczowym rywalem, bo wiadomo, że choćby ziemia pękła na pół, oni i tak zakwalifikują się do mistrzostw. Groźna będzie jeszcze Irlandia, która obecnie ma pięć „oczek” mniej od nas. Groźna w teorii, w praktyce musiałby stać się cud, żeby zdołała nas doścignąć, a później przegonić. Jesienią czekają nas jeszcze cztery potyczki. Najpierw wyjazd do Niemiec i we Frankfurcie o jakiejkolwiek zdobyczy możemy raczej zapomnieć. Trzy dni później formalność z Gibraltarem i w końcu dwa kluczowe spotkania w październiku – wyjazd na Hampden Park do Glasgow i domowe starcie z Irlandią. Jeśli w pierwszym z tych meczów nie przegramy, niemal na pewno będziemy mieli awans w kieszeni. No chyba, że miesiąc wcześniej wybrańcy Adama Nawałki pokonają Niemców – wtedy i ze Szkocją będziemy mogli zagrać rekreacyjnie.

Biało-Czerwoni na przedmeczowej rozgrzewce
Z Gruzją Biało-Czerwoni pokazali jaja. Pogonili rywali zza Kaukazu różnicą czterech bramek, choć jeszcze w 89. minucie nic nie wskazywało na taki pogrom. W ogóle dziwny był to mecz, jeden z dziwniejszych jakie miałem przyjemność oglądać z wysokości trybun Stadionu Narodowego. Pierwsza połowa całkowicie pod dyktando Polaków, ale piłka nijak nie potrafiła znaleźć drogi do gruzińskiej sieci. W końcu w drugiej połówce odpalił Arkadiusz Milki. Zszedł ze skrzydła, rozejrzał się w ustawieniu przeciwników i przyładował, nie przymierzając, niczym Thierry Henry w najlepszych latach swojej aresanalowej kariery. Brameczka marzenie, po której wydawało  się, że kolejne sypną się niczym z rogu obfitości. Następne gole jednak nie padały, a im bliżej końca, tym żwawiej w ofensywie poczynali sobie Gruzini. Kulminacją była 85. minuta, w której poprzeczka uratowała Fabiańskiego przed wpuszczeniem gola, a całą drużynę przed niechybną zapewne utratą punktów. Wydawało się, że nasi będą już chcieli dowieźć ten wynik, wszak wszedł Jodłowiec i ogólnie w okolicach własnego pola karnego nasi zaczęli okopywać się coraz gwałtowniej. Gdy wszyscy czekali na bezpieczne 1:0, stała się rzecz niewytłumaczalna, w ciągu trzech minut trzy bramki zdobył bowiem Robert Lewandowski! Nie szperałem po archiwach, ale jestem niemal pewien, że to najszybszy hattrick ustrzelony w biało-czerwonych barwach (gole Lewego zobaczycie TUTAJ). Stadion oszalał, ławka rezerwowych wybuchła, a Gruzini schodzili do szatni jakby ktoś konkretnie przypieprzył im obuchem.

Do hymnu
Zwycięstwo w przekroju całego meczu Polakom się należało i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nasi grali mądrzej, dojrzalej, nawet w ataku pozycyjnym nie razili nieporadnością dowodzącą tezy, że polska myśl szkoleniowa sprawdza się tylko w przypadku kontrataków. Sam Lewandowski na trzy gole też zasłużył, bo już w pierwszej połowie wypracowywał sobie wyśmienite okazje, grał znakomite zawody, ale cudów w gruzińskiej bramce dokonywał Giorgi Loria. Na wyróżnienie zasługuje też strzelec pierwszej bramki, Arkadiusz Milik, który później asystował także przy dwóch trafieniach Lewego. Gdyby zresztą przyjrzeć się dokładniej grze Polaków, ciężko wskazać zawodnika, który odstawałby formą od reszty. Może Szukała – czasami brakowało mu pewności siebie, widać, że kierunek arabski nie był chyba najwłaściwszym wyborem. Może Rybus – rzadko angażował się w grę ofensywną, ale za to w tyłach zapewniał solidność i spokój. Poza tą dwójką, każdy wnosił coś kreatywnego do gry, nawet Peszko, któremu po meczu dostało się od dziennikarzy. Ok, nie miał asysty, ciężko doszukać się u niego kluczowych podań, ale też w niczym nie przypominał jeźdźca bez głowy, jakim często bywał w poprzednich meczach. Kuba Błaszczykowski, który wszedł za niego po przerwie był lepszy i to nie podlega dyskusji. Nie oznacza to jednak ,że Peszko był slaby: tak bym sprawy nie stawiał.

Na trybunach byli "Bezrobotni Olszyn", była "Wiewiórka",
ale wszystkich przebiła... "Ruchna"
Co do Kuby, kibice zgotowali mu fantastyczne przyjęcie. Wchodząc z ławki na murawę dostał owację na stojąco, co po ostatnich przejściach w kadrze wcale nie musiało być takie oczywiste. Ze Szkocją Nawałka go przecież pominął, pozbawił go kapitańskiej opaski, przez co zresztą pomocnik Borussii wylewał w mediach swoje żale. Pożar został jednak ugaszony, obaj panowie (pan piłkarz i pan selekcjoner) doszli w końcu do porozumienia, co publika skwitowała w jedyny słuszny sposób. Ogólnie publiczność także zaskoczyła pozytywnie, choć na Twiterze były pomruki, że fani na stadionie są be, bo wygwizdali schodzących na przerwę piłkarzy. O tym jednak, że przez 45 minut zachowywali się wzorcowo, cisza. Cisza, bo dobre rzeczy słabo się sprzedają. Odniosłem zresztą wrażenie, że ludzie przychodzący na mecze kady ewoluują podobnie jak sama drużyna – nie było bowiem buczenia po nieudanych zagraniach, były za to brawa po dokładnym przeżucie, szalonym sprincie, zblokowaniu rywala. Normalnie ludzie zaczynają zachowywać się tak jak kibice na Wyspach: doceniają walkę i ambicję – nie musisz strzelić, ale się starasz, masz za to u mnie brawa. Oczywiście zarzuty będą, że doping słabo zorganizowany, że każdy sektor intonuje swoje własne pieśni, że „poziom koordynacji – jeden”. Nie zapominajmy jednak, że to nie jest publiczność ligowa, że tu okazjonalnie przyjeżdżają ludzie z całej Polski i oni w tym dniu piłkarskiego święta chcą stać się częścią widowiska. I choć częściej przypominają reagujących znienacka gwałtownymi wybuchami okrzyków pikniki, są jego częścią. Jest docenienie ambicji (nawet gdy umiejętności czasem brak), jest koloryt, jest gwar. I o to w tym wszystkim chodzi. A jeśli jeszcze jest tak okazałe zwycięstwo – zacieramy ręce i jedziemy dalej.

Atmosfera wokół kadry też się poprawiła, a chodzenie na reprezentację jest modne. Pamiętacie jeszcze rozgrywany w Chorzowie w śniegu i mrozie mecz ze Słowacją, który z trybun Śląskiego oglądała garstka najbardziej zatwardziałych fanów kadry? Tamtego czasu już nie ma, teraz jest moda na biało-czerwone barwy i nie jest to tylko moda na patriotyczny populizm Pawła Kukiza. To wynik wcale niezłej gry reprezentacji (wiadomo, sukces rodzi sukces), ale i gigantyczna, mrówcza praca jaką na tym polu wykonał PZPN. Piłkarska centrala tak opakowała produkt z napisem „reprezentacja” i tak wbija go od miesięcy do głów, że naprawdę zyskaliśmy przeświadczenie, że narodowa drużyna jest ważna. Widać to był już przed meczem, kiedy z busów na Siwca wysypywały się wycieczki złaknionych futbolu i mocnych trunków hordy fanów. Widać to było w metrze, na stacji kolejowej Warszawa Stadion i w całym bliższym i dalszym otoczeniu obiektu. Widać to wszędzie, a najbardziej w tym, że na mecze ciągną rodziny z małymi dziećmi. Bo gdzie zabierzesz dzieciaka? Tam gdzie jest bezpiecznie i gdzie dzieje się coś ciekawego. No i panie, piękne panie, one nie pojawiają się tam, gdzie pokazywanie się jest passe.

No i postawienie wszystkiego na jedną kartę – wszystkie mecze eliminacyjne gramy na Narodowym. Gdańsk, Wrocław, Poznań czy Kraków mogą się obrażać, ale to był krok w dobrym kierunku, bo na najważniejsze mecze kadra powinna mieć swój obiekt, na którym czuje się dobrze i który w jakimś stopniu wprowadzana nerwowość w szeregach rywali. A jestem pewien, że jak dzisiaj 56 tysięcy ludzi zaintonowało Mazurka Dąbrowskiego niejednemu Gruzinowi zmiękła pała i niejeden z naszych kadrowiczów poczuł: dla takich chwil gra się w piłkę, dla tych ludzi chce się walczyć. Narodowy zdał swój egzamin. Mnie to szczególnie cieszy, bo jestem w tym stadionie… zakochany na zabój.

A

Misse Beqiri. Jest moc!

Jeśli ktoś zazdrości Andersowi Rosenkrantzowi Lindegaardowi piłkarskich sukcesów, dajemy mu powód, żeby zazdrościł mu czegoś jeszcze bardziej. 


Crazy skills ostatniego sezonu



Sezon 2014/15 za nami. Przypomnijcie sobie co w nim był dobre… Się drybluje…

Barcelono, jesteś wielka!


Bez jaj! To może być i powinno sportowe zdjęcie roku. Po finale Ligi Mistrzów zwycięzcy z Barcelony utworzyli szpaler zmierzającym po pamiątkowe medale za udział w finale piłkarzom Juventusu. Brawa! Wielkie brawa dla Katalończyków, bo prawdziwych mistrzów poznaje się nie po tym jak grają na boisku, ale po tym jak prezentują się poza nim. A w tym przypadku podopieczni Luisa Enrique zaprezentowali ogromną klasę. Bo w trakcie meczu walczymy na całego, wypruwamy z siebie flaki, a przeciwnikowi uprzykrzamy życie do granic możliwości. Ale z końcowym gwizdkiem sędziego zakopujemy topór wojenny. Jesteśmy w końcu przeciwnikami, a nie wrogami! Jesteśmy rywalami w granicach fair play, potem stajemy się normalnymi ludźmi. Dzięki Barcelonie Buffon, Pirlo i kilku innych turyńskich weteranów starej gwardii dostało coś równie wartościowego jak Puchar Mistrzów – szacunek i uznanie najlepszej obecnie drużyny globu. Tego nie kupisz za pieniądze. Barco, wielkie brawa! 

Kibicki: przed finałem Ligi Mistrzów

To już dziś w Berlinie, na Stadionie Olimpijskim wielki finał Champions League. Na papierze zdecydowanym faworytem jest Barcelona. Ba! Przegraną Katalończyków będzie można chyba rozpatrywać w kategoriach sensacji. Bo nic, że Juve w poprzednich rundach wyeliminowało Real i Borussię, Barca to jednak rywal nieco innego kalibru. Cały sercem jestem za Starą Damą, obawiam się jednak, że moje liche serce niewiele jest w stanie cokolwiek zmienić. Finał najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek świata to oczywiście piłkarskie święto, a że do święta należy się odpowiednio przygotować, w przedbiegach możecie obejrzeć jak prezentują się piękne panie w barwach obu finalistów. Waszej ocenie pozostawiam kto wygrywa na tym polu.



W sumie kto bogatemu zabroni?




Florenitno Perez podjął w życiu całą masę decyzji błędnych i niespodziewanych, idiotyczne zdarzają mu się jednak rzadko. Czasem jednak wyciąga królika z kapelusza i szokuje piłkarski świat bezsensownym transferem lub pozbawioną racjonalności zmianą na ławce trenerskiej. Druga z tych akcji właśnie dzieje się na naszych oczach, oto bowiem z Santiago Bernabeu wylatuje ceniony na całym świecie Carlo Ancelotti, a jego miejsce zajmuje nie kto inny, jak jajogłowy Rafa Benitez. Ok, Hiszpan pracował w wielkich klubach, budował potęgę Valencii, ostatnio (raczej bez sukcesów) prowadził Liverpool i Napoli. Nie można mu odmówić wiedzy, zaangażowania i poświęcenia. Czy to jednak wystarczy, żeby prowadzić jedną z największych piłkarskich korporacji świata? Śmiem wątpić. Benitez – to niemal pewnie – nie wytrwa w Madrycie więcej niż dwa lata. Bo skoro Ancelotti właśnie w ciągu dwudziestu czterech miesięcy zdobył cztery trofea, a jednak mimo tego musiał pożegnać się z klubem, to jajogłowiec odpadnie znacznie wcześniej. Po pierwsze nie zdobędzie tyle co Włoch, po wtóre – sam Perez nie będzie w stanie wytrzymać z nim tak długo w jednym klubie. No ale na razie Perez triumfuje (?), a przynajmniej się cieszy, bo w sumie to kto bogatemu zabroni?

Kibicki: VfB Stuttgart

Jeszcze kilka tygodni temu ta Pani mogła rozdzierać szaty (sic!), bo jej ukochane VfB pikowało w kierunku 2. Bundesligi. Ostatecznie jeden z najbardziej utytułowanych klubów za naszą zachodnią granicą utrzymał się jednak w Bundeslidze, dzięki czemu w przyszłym sezonie będziemy mogli oglądać takie - a może nawet jeszcze lepsze -obrazki. 

Pogba – na rozstaju dróg


Przed Paulem Pogbą być może najważniejszy mecz w relatywnie krótkiej, aczkolwiek obfitującej w liczne sukcesy karierze. W sobotę Francuz stanie ze swoją drużyną do decydującego boju o triumf w Lidze Mistrzów. Rywala Stara Dama ma nie byle jakiego, wszak Barcelona miażdży jak chce i kogo chce i z gracją kolekcjonuje w tym sezonie całe naręcza trofeów. Tyle, że i Juve sroce spod ogona nie wypadło, podwójna korona na Półwyspie Apenińskim i wyeliminowanie z Champions League Realu oraz Borussii przypadkowym drużynom raczej się nie zdarzają.

Solidną cegiełkę w sukcesy mistrzów Włoch dołożył oczywiście Pogba. Tak solidną, że chcą go u siebie najmożniejsi piłkarskiego świata. Umówmy się, Juventus też kopciuszkiem nie jest, z duopolem hiszpańskim i angielskimi przedsiębiorstwami futbolowymi konkurencji jednak nie wytrzymuje. Dlatego Francuz latem najpewniej porzuci stolicę Piemontu i przeniesie się w inny region Starego Kontynentu. Konkretna cena jaką śpiewają za niego Włosi raczej nie odstraszy potencjalnych kontrahentów, bo 80 milionów euro, które rzekomo miałyby wylądować w Turynie są w stanie wyłożyć i oba Manchestery, i Chelsea, oczywiście Real i Barcelona, a także PSG, które coraz mocniej nagina parol na swojego krajana. Jaką drogę obierze sam Pogba? Czy skłoni się ku słonecznej Hiszpanii, czy jednak nie odstraszą go dżdżyste i mgliste klimaty wyspiarskie? A może powróci na ojczyzny łono? Odpowiedź poznamy zapewne bardzo szybko, być może już kilka dni po finale Ligi Mistrzów, bo to, że nie pozostanie on w Turynie jest już niemal przesądzone.

Gdzie te dynastie?


Z czym kojarzy wam się dynastia? Z Blakiem Carringtonem, jego zamuloną żoną Krystle, mściwą eks-małżonką Alexis i zastępem ich synów/córek/stryjów/bratanków? Czy z Piastami, Wazami i innymi monarchami miłościwie panującymi nam w wiekach dawnych? A może z NBA i drużynami, które seryjnie zdobywają mistrzostwo? Cóż, skojarzeń może być kilka, żadne z nich nie wiąże się jednak bezpośrednio z piłką nożną. Dynastia i futbol? To jakoś nie idzie w parze. A szkoda.

Na potrzeby tego artykułu, w ramach wyjątku, sięgnijmy jednak do terminologii rodem zza Oceanu i przyjmijmy, że dynastiami nazwiemy drużyny, które seryjnie zdobywały najcenniejsze piłkarskie trofeum, Puchar Europy. W końcówce lat pięćdziesiątych mieliśmy więc hegemonię Realu, który Puchar Mistrzów Krajowych zdobywał pięć razy z rzędu (1956-60), w następnej dekadzie przyszła dominacja Mediolanu (Inter i Milan, 1963-65), po niej era Ajaksu (1971-73) i Bayernu (1974-76). Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych najlepszymi rozgrywkami na kontynencie trzęśli Anglicy (lata 1977-82 – w sumie trzy wiktorie Liverpoolu, dwie Nottingham Forest i jedna Aston Villi). Potem przyszło załamanie wielkich serii, jako ostatni Puchar Europy obronili w 1990 roku piłkarze Milanu. Po nich nikomu już nie udała się ta sztuka, choć próbowali najwięksi, z Barceloną, Realem i Manchesterem United na czele.

Czemu dziś żadna drużyna nie jest w stanie regularnie wygrywać Ligi Mistrzów, nie potrafi na dobre skasować konkurencji, nie dominuje niepodzielenie spoglądając na rywali z futbolowego Olimpu? Na przestrzeni dwóch ostatnich dekad piłka nożna rozwinęła się nieprawdopodobnym tempie – gra się szybciej, bardziej siłowo, z większym wyeksploatowaniem organizmu. Kiedy Real przeszło pół wieku temu dominował w Europie musiał dzielić grę na dwóch frontach: w lidze i pucharze. Do tego dochodziło mu raptem kilka spotkań w Pucharze Mistrzów. Dziś doliczyć trzeba do tego rozgrywki rozmaitych Pucharów Ligi, mecze reprezentacji, letnie pokazówki rozgrywane w Azji, Afryce czy obu Amerykach no i rozrośnięte do monstrualnych rozmiarów europejskie puchary. Zawodowy piłkarz w zachodniej lidze gra praktycznie non stop, trudno spodziewać się, żeby przez lata pracował ciągle na najwyższych obrotach, kiedyś musi przyjść załamanie. Dlatego tak trudno utrzymać się na szczycie… Babcie oszukasz, wujka oszukasz, ale własnego organizmu już nie.

Poza tym konkurencja już nie śpi. Bayern trzykrotnie zostając najlepszą drużyną na Starym Kontynencie naprawdę … był najlepszy. Nie miał rywala, który byłby w stanie podjąć rzuconą przez Bawarczyków rękawicę. Teraz sytuacja jest inna. Drużyn z absolutnego topu jest przynajmniej z dziesięć i każda z nich ostrzy sobie zębiska, żeby zasiąść na europejskim tronie. Stawka jest szalenie wyrównana i nie można wskazać jednego zespołu, który wyraźnie odjechał reszcie do przodu. Peleton z najlepszymi trzyma się w zwartej grupie, najsilniejsi harcują na podjazdach, a na finiszu szachują się morderczą walką na noże. Dziś o potencjalnego hegemona trudno, bo rywali do pokonania ma on tak wielu, że w końcu musi potknąć się na którejś z rzędu przeszkodzie. Ten trend utrzyma się na lata, a może i pogłębi jeszcze bardziej. W nowożytnej Lidze Mistrzów tylko czterem drużynom udało się w rok po wywalczeniu pucharu znów zagrać w finale: Milan 1995, Ajax 1996, Juventus 1997 i Manchester 2009. Żadna nie obroniła jednak trofeum. I w najbliższych latach raczej jeszcze długo nie obroni. Romantyczny futbol, w którym dominacja jednej drużyny wyznaczana była w latach, a nie miesiącach czy tygodniach już nie wróci. Dynastie? Zapomnijcie o nich …

Piękni i młodzi: Man United


Stare dobre Manchesterskie czasy. Alex Ferguson jeszcze piękny i młody, Giggsowi i Scholesowi dopiero zaczął wysypywać się wąs, a Nevillowi nawet grzywka nie układała się jak trzeba. Tylko Becks ten sam - kilogram żelu na głowie i huzia. Od małego wiedział chłopak jaki ma styl.


 
Copyright © 2013. Shankly mówi - All Rights Reserved
Template Created by ThemeXpose | Published By Gooyaabi Templates